"Gdzie śpiewają raki" to książka z gatunku "książki o biednej sierotce", coś na wzór baśni o Brzydkim Kaczątku czy Kopciuszku. Główną bohaterkę, Kyę, poznajemy jako kilkuletnią dziewczynkę w momencie, kiedy opuszcza ją matka. Nie mogąc znieść ciężkiego życia na bagnach z mężem pijakiem, kobieta pakuje walizkę i po prostu odchodzi. W biednej chacie zostaje Kya, jej ojciec, i rodzeństwo - a później, wraz z upływem lat, odchodzą kolejni członkowie rodziny. Aż w końcu Kya nie ma już żadnej rodziny i zostaje na bagnach sama.
Kyai nie można nie współczuć, nie można się nad nią nie litować. Czytając o małej dziewczynce żyjącej samotnie w rozpadającej się chacie na bagnach nie można ciągle nie zastanawiać się gdzie są dorośli? Gdzie są mieszkańcy miasteczka wiedzący o jej istnieniu i ich pomoc? Dlaczego wszyscy mają dla niej jedynie pogardę, dlaczego jej wygląd budzi w nich tylko odrazę a nie świadomość, że temu dziecku trzeba pomóc? Akcja książki nie toczy się w czasach współczesnych, kiedy każdy musi być przypisany do jakiegoś numeru, adresu, nazwiska. Kyai udaje się nie uczestniczyć w życiu miasteczka, unikać szkoły i lekarzy. Ale czy można całe życie spędzić tylko w towarzystwie owadów i ptaków?
Czytelnik towarzyszy Kyai przez cały jej okres dojrzewania, jej budowania sobie życia po swojemu i cieszeniu się nim. Niektóre momenty to prawdziwe wyciskacze łez. Kya to silna dziewczyna, ale jednocześnie o kruchej i bezbronnej duszy. To bohaterka, z którą można się zżyć i prawdziwie wczuć w jej historię. Tym bardziej, że w książce występuje mało postaci i wątków, które mogłyby rozpraszać. Treść książki jest bardzo wyważona. Autorka zachowała idealną równowagę pomiędzy akcją, opisami przyrody i przemyśleniami Kyi. Ani przez chwilę nie czułam się znudzona i nie chciałam biegnąć do przodu.
Głównym wątkiem książki jest morderstwo jednego z mężczyzn z miasteczka i proces Kyi, oskarżonej o jego zamordowanie. Początek wydaje się zwyczajny, czytając go czułam, że oto biednej skrzywdzonej dziewczynie znowu dzieje się krzywda i z całego serca jej współczułam. Spodziewałam się jednego z dwóch zakończeń - albo dziewczyna zostanie uniewinniona i będzie sprawiedliwość, albo skazana i niesprawiedliwość. Jednak zakończenie wątku wywołało we mnie bardzo mieszane uczucia, i wyjątkowo mi się to spodobało. Z czytelniczego poczucia obowiązku chciałam ocenić postępowanie postaci, wydać werdykt i zadecydować, czy sprawiedliwość zatriumfowała. Ale nie mogłam. Cała książka pokazywała jak bardzo skomplikowane może być życie jednej osoby, i zakończenie napisane zostało w tym samym stylu.
"Gdzie śpiewają raki" to nie jest książka o zawiłej fabule, pełna zagadek i zaskakujących zwrotów akcji (choć te też się zdarzają). Tę książkę się czyta i się ją czuje. To mocne odczuwanie i przywiązanie do głównej bohaterki przez całą akcję książki jest idealnym zabiegiem wzmacniającym zakończenie. Bo zakończenie, to jak zderzenie się z murem - moment oszołomienia. Czy polecam? Zdecydowanie tak. To nie jest lekka rozrywkowa lektura, ale z drugiej strony pisana jest prostym językiem a historia nie jest zawiła, nie potrzeba więc skupienia i wytężonej uwagi, by się w nią wczytać. Polecam każdemu.


