Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lipca 2024

[231] Max Gross - Zaginiony sztetl

 

Max Gross Zaginiony sztetl
 
"Zaginiony sztetl" - Max Gross

Wydawnictwo Finebooks, 2024 rok

przeczytane: 06/2024

 8/10*

    Czy da się uciec przed światem, ominąć wszystkie wichry postępu, nie zarazić się żadną gorączką złota i miłością do nowoczesnej technologii? Słyszeliśmy już o pustelnikach. Nawet o ludziach rzucających wszystko i przeprowadzających się w Bieszczady. Ale o całym miasteczku, które zniknęło z urzędniczego radaru? Ba, nawet i wojennego. Uwierzylibyście, gdyby media ogłosiły istnienie takiego miejsca, gdzieś głęboko w lesie, bez drogi dojazdowej, bez prądu, bez poczty, bez jakiegokolwiek połączenie ze światem zewnętrznym? Jak myślicie, jak można na taką informację zareagować?

    Mieszkańcy Kreskolu od dawna radzili sobie sami. Prowadzili handel wymienny z Cyganami, i tyle im wystarczało. Całą resztą zajmowali się sami. Aż do momentu, kiedy zaginęło dwoje mieszkańców, a reszta zaczęła podejrzewać morderstwo. Postanowili więc wysłać posłańca do władz państwowych i poprosić o ich wsparcie. I tak Jankiel dociera do współczesnego małego miasta, które jaki mu się cudem świata, niezrozumiałym ale też pełnym zepsucia. Jest oczywiście zaciekawiony, zagubiony i przestraszony. I bardzo, bardzo niezrozumiały.

Max Gross Zaginiony sztetl

    Książka jest bardzo dobrze przemyślana. Zarówno historia Kreskolu, powód jego wycofania z życia reszty świata, a także jego nagły powrót i próby wprowadzenia go w XXI wiek. Oczywiście, coś takiego nie mogło być proste, więc co i rusz pojawiają się następne problemy. Ale ich rozwój oraz rozwiązanie jest tak realistyczne, że widać, iż autor spędził nad fabułą mnóstwo czasu. Świetnie wczuł się w mieszkańców miasteczka przewidując ich obawy, pragnienia, postawy wobec zmian i tych, którzy te zmiany wprowadzają. Powrót Kreskolu na łono Polski w pewnym momencie staje się tłem, a na pierwszy plan wysuwają się losy Jankiela. To postać bardzo nietuzinkowa, i bardzo nietuzinkowe są jego losy. Już na początku książki możemy sobie robić założenia na temat jego i jego roli w całej historii, akcja później to jednak mocno weryfikuje. Bo ani chłopak ani zachowanie ludzi względem niego nie jest takie, jak można się spodziewać. Jego historia jest w gruncie rzeczy bardzo smutna. I mimo że w pewnym momencie odnajduje miłość, to jest to miłość tragiczna. 

Max Gross Zaginiony sztetl

    Kreskol przetrwał w ukryciu jako samowystarczalne miasteczko głównie przez to, że jego mieszkańcy byli taką zjednoczoną grupą. Pracowali na wspólne dobro, trzymali się zasad i nie szkodzili (za bardzo) swoim sąsiadom. Oczywiście, to nie pozwalało na indywidualizm czy zbyt wielkie odstępstwo od przyjętych zasad. Późniejsze kontakty z resztą świata uświadomiły im, że to nie jest norma na całym świecie. Że inni nie mają skrupułów przed oszustwem i wyzyskiem. Poczuli się ofiarami, jednak nie potrafili dostrzec tych, których sami uczynili ofiarami. Sztywne zasady moralne i klapki na oczach, oraz stwardniałe serca, były przyczyną wielu nieszczęść dla dwójki młodych ludzi. A także tym, co spowodowało całe zamieszanie. Ponieważ nie nauczyli się okazywać współczucie i pomagać potrzebującym, a każde odstępstwo od normy karali ostracyzmem, Jankiel i jego ukochana musieli opuścić znajome miejsce i szukać szczęścia w obcym i groźnym świecie. To nie jest baśń, nie czekali więc tam na nich magiczni pomocnicy, chętnie udzielający pomocy.

Max Gross Zaginiony sztetl

    Zaginiony sztetl to przede wszystkich książka szalenie ciekawa i oryginalna. Jest o sytuacji niespotykanej, i każde kolejne wydarzenie jest zaskakujące. Naprawdę mocno można się wciągnąć w historię Jankiela, Paszy oraz mieszkańców Kreskolu, odkrywających najnowsze cuda techniki. To ciekawe doświadczenie spojrzeć ich oczami na rzeczy doskonale nam znane, i poznanie ich na nowo. W pewnym momencie czytelnik zaczyna zadawać sobie pytanie, co byłoby lepsze dla tej społeczności - dać się odkryć i wchłonąć reszcie świata, razem ze wszystkimi dobrodziejstwami ale też twardymi regułami okrutnej gry, czy może lepiej zostać w ukryciu, w odcięciu i izolacji jak najdłużej? Czy ten świat pełen dóbr, postępu technologicznego i społecznego, rzeczywiście jest najlepszym miejscem do życia? Zakończenie bardzo satysfakcjonujące, nawet jeśli nie do końca domknięte. Zazwyczaj nie lubię, kiedy historia kończy się w tak niejasny sposób, ale tym razem mi się to bardzo spodobało. Książka zaczyna się z perspektywy Kreskolu - poznajemy ich punkt widzenia nie wiedząc o tym, że jest jakiś inny, za granicą lasu. Kończy się natomiast na odwrót. Czytelnik jest obserwatorem z wielkiego miasta i nagle zostaje odcięty od informacji z miasteczka. Gorąco polecam. 


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Finebooks.

środa, 7 kwietnia 2021

[70] Priscille Sibley - Obietnica gwiezdnego pyłu

   
obietnica gwiezdnego pyłu

 Niektóre historie nie potrzebują zawiłej intrygi, wielu bohaterów, mrocznych tajemnic i przerażających czarnych charakterów o pokręconych umysłach, żeby chwycić za serce, zatrzymać je na moment i pomylić jego rytm. Obietnica gwiezdnego pyłu wymusza na czytelniku, by się na moment zatrzymał, oderwał od rzeczywistości i zadumał.

    Książka zaczyna się od śmierci Elle. Jej ciało żyje, ale jej już nie ma. Mąż Elle, Matt, nie wyobraża sobie dalszego życia bez swojej drugiej połówki. Znał ją od zawsze, od momentu, kiedy nowonarodzona Elle została przywieziona ze szpitala przez rodziców, jest więc ona nieodłączną częścią jego życia. A teraz nagle odchodzi. Mężczyzna ciągle jeszcze nie potrafi zrozumieć, co się dzieje, kiedy spada na niego kolejna nowina - Elle jest w ciąży.
 
obietnica gwiezdnego pyłu

    Obietnica gwiezdnego pyłu to książka pełna emocji. Opowiada historię miłości Matta i Elle, jej początki, wszystkie wzloty i upadki. Ich drogi momentami się rozchodziły, w końcu jednak zawsze się krzyżowały. To nie był łatwy związek i żeby w końcu być razem musieli walczyć z losem i z własnymi charakterami. Ich historia była naprawdę wzruszająca ale i dająca nadzieję, że jeśli ktoś jest komuś pisany, to nie ważne ile kłód pod nogi rzuci los, i tak z tym kimś będzie. W życiu Matta i Elle brakowało tylko dziecka. Kobieta marzyła o zostaniu matką, ale jednocześnie potwornie bała się bycia więźniem własnego ciała i od wielu lat powtarzała, że nigdy nie chciałaby być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Matt staje więc przed trudnym wyborem: sprawić, by spełniły się najgorsze koszmary jego żony czy pozwolić odejść jej i ich nienarodzonemu dziecku, bez dania mu szansy na przeżycie?

    Książka porusza bardzo trudny temat, jakim jest ratowanie życia dziecku kosztem matki i jej praw. Wyjaśnione to jest na przykładzie różnych praw obowiązujących w różnych stanach w USA. Swój głos otrzymują przeciwnicy i zwolennicy sztucznego podtrzymywania życia matki, podczas lektury można więc przemyśleć swoje stanowisko i może jeśli nie zmienić je, to chociaż zrozumieć tych, którzy uważają inaczej.
 
obietnica gwiezdnego pyłu

    Obietnica gwiezdnego pyłu
wywołuje uśmiech przez łzy. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością, czytając więc historię rodzącej się miłości Matta i Elle cały czas pamięta się, że nie dane im będzie się razem zestarzeć i że dni kobiety są już policzone. Przez to inaczej odbiera się ich historię, wszystkie dobre momenty są bardziej docenione i lepiej zapamiętane. Na mnie książka wywarła ogromne wrażenie swoją prawdziwością, ogromem emocji i swoją zdolnością zmuszenia mnie do głębszego zastanowienia się nad nią. Czytało się ją bardzo szybko i trudno było choć na moment odłożyć. Cieszę się, że po nią sięgnęłam, bo to zdecydowanie książka, którą zapamiętam na długo.

wtorek, 26 stycznia 2021

[61] Ewa Mielczarek - Trzydzieści kopert


recenzja książki trzydzieści kopert

Ludzie uwielbiają okrągłe rocznice (ja też). Osiemnastki, dwudzieste piąte rocznice ślubu, trzydzieste urodziny. Kolejne lata wyznaczają kolejne granice, a niektóre z nich - wyjątkowe granice. Czasami wydaje się, że po ich przekroczeniu życie musi się zmienić, że sam człowiek powinien w jakiś znaczący sposób zmienić swoje zachowanie, podejście do życia, odważyć się na decyzje, których wcześniej bał się podjąć. 

Moje trzydzieste urodziny, tak jak urodziny Hanny, dopiero się zbliżają. Ja tej presji nie czuję (może dlatego, że mnie zostało do nich jeszcze więcej czasu), ale dla głównej bohaterki "Trzydziestu kopert" uświadomienie sobie, że za kilka miesięcy zamieni dwójkę w swoim wieku na trójkę, jest jak kubeł zimnej wody. Zaczyna przypatrywać się swojemu życiu, analizować i oceniać - i wcale nie jest zadowolona z wyniku. Swoimi przemyśleniami dzieli się z najlepszymi przyjaciółmi, a ci opracowują dla niej plan, który pomoże jej przekroczyć magiczną granicę z poczuciem dobrze przeżytych nawet jeśli nie trzydziestu lat, to przynajmniej ostatnich kilku miesięcy. 

recenzja książki trzydzieści kopert

 

Tytułowe "Trzydzieści kopert" to projekt Roberta, przyjaciela Hanki, wymyślony z pomocą Michaliny, drugiej życiowej podpory bohaterki. W trzydziestu kolorowych kopertach mieści się trzydzieści zadań - mniej lub bardziej ambitnych, czasem przerażających - głównie Hanię. Są to rzeczy, które dziewczyna zawsze chciała zrobić, ale brakowało jej motywacji, czasu, odwagi - jedynie wymówek nie zabrakło. Kiedy jednak do trzydziestych urodzin pozostało kilka miesięcy, dziewczyna odkryła w sobie nowe pokłady siły i z pomocą przyjaciół zaczęła realizować zadania. A że zostały one wymyślone przez psychologa, nie ma opcji, żeby nie miały na celu poważnych zmian w życiu Hani.

recenzja książki trzydzieści kopert

 

Lektura dostarczyła mi mnóstwa śmiechu. Ile zabawnych sytuacji może się wydarzyć, kiedy jedna niezbyt pewna siebie dziewczyna zaczyna realizować swoje dawne marzenia. Na początku książki Hania wydaje się ofiarą losu. Stara panna mieszkająca z despotyczną rodziną, bardziej ich służąca i opiekunka do dzieci niż córka i siostra, od kilku lat pracująca w miejscu, gdzie zatrudniają się maturzyści przed pójściem na studia. Dziewczyna od kilku lat stała w miejscu, w jej życiu nic się nie zmieniało. Jak wiele osób może się z nią identyfikować? Mnóstwo. Każdego dopada co jakiś czas poczucie, że tkwi w miejscu, w którym nie chce być, że chce, żeby "Coś" się zmieniło (oczywiście, najlepiej samo, bez wysiłku i ryzyka). To po to robimy plany i listy, żeby móc krok po kroku popychać swoje życie do przodu. Dlatego książka "Trzydzieści kopert" trafi do każdego, bo każdy zrozumie główną bohaterkę, jej strach przed nieznanym.

recenzja książki trzydzieści kopert

 

Dla mnie "Trzydzieści kopert" to była przede wszystkim potężna dawka rozrywki. Książkę czytałam w święta, i to był idealny czas na nią. Wolne od pracy i obowiązków, długie godziny, które można spędzić na czytaniu bez odrywania się od historii, w którą zdążyło się wsiąknąć. Okres świąteczny to też czas końca roku. Czas na podsumowania, plany i postanowienia. Czy jest więc coś lepszego niż lektura książki z listą zadań do wykonania przed urodzinami? "Trzydzieści kopert" dało mi kopa, żeby stworzyć własną listę - mam jeszcze 18 miesięcy do mojej trzydziestki (o rany, jak mało), więc powinnam zdążyć z realizacją. A jeden punkt do zrealizowania już mam - zobaczyć wschód słońca na Babiej Górze.

Książka "Trzydzieści kopert" wiąże się z dodatkową radością, ponieważ była ona świątecznym prezentem od autorki. Ewa Mielczarek dowiedziała się, że chcę ją przeczytać i zupełnie bezinteresownie postanowiła mi ją podarować. To tylko udowadnia, jak cudowną społeczność tworzą miłośnicy książek i jak wspaniale być jej częścią i móc doświadczać takiej życzliwości.

wtorek, 19 stycznia 2021

[60] Devney Perry - Lista życzeń

 

lista życzeń

    James zaczyna od napisania listu do siebie z przyszłośći i odhacza pierwszy punkt na swojej liście - liście rzeczy do zrobienia przed każdymi kolejnymi urodzinami. Lista jest długa bo i życie Jamesa ma być długie, w końcu dopiero kilka lat temu skończył dwadzieścia lat. Ożenił się, kupił dom, zaczął nowe życie. Teraz zaplanował dla siebie wyzwania na kilkadziesiąt lat naprzód, nie wiedząc, że nigdy nie uda mu się tej listy zrealizować. James ginie podczas napadu na sklep monopolowy, w którym w tym czasie robił zakupy. Od tej chwili nie ma już Poppy i Jamesa, nierozłącznej pary nie tylko zakochanych, ale też najlepszych przyjaciół, zostaje tylko Poppy.

     Do Poppy wracamy pięć lat później. Kobieta otrząsnęła się z rozpaczy po śmierci męża, ale w zaznaniu spokoju nie pomaga jej fakt, że zabójca nie został odnaleziony. Cały czas też obarcza się winą, ponieważ to ona wysłała Jamesa do tego sklepu, w którym został zastrzelony. Aby rozliczyć się z przeszłością postanawia zrealizować listę Jamesa, która była dla niego bardzo ważna. Dlatego otwiera restaurację, idzie na lekcje karate, uruchamia alarm przeciwpożarowy i kąpie się w zielonej galaretce. Z każdym kolejnym odhaczonym punktem z listy pozwala swojego zmarłemu mężowi odejść, coraz bardziej i bardziej, aż przestaje być obecny w jej życiu, w końcu należy już do przeszłości.

lista życzeń


W poukładaniu swojego życia na nowo, a przede wszystkim w realizacji listy, pomaga jej Cole - policjant, który przyniósł jej wiadomość o śmierci męża. Mężczyzna jest zafascynowany Poppy i nie daje jej o sobie zapomnieć. Szybko staje się dla niej wsparciem i rusza jej na ratunek za każdym razem, kiedy tego potrzebuję - a Poppy dość często nie potrafi sama sobie poradzić, co jest bardzo irytujące w przypadku dorosłej kobiety. Cole jednak to uwielbia, i mimo że powoli zaczyna mu brakować czasu na własne życie, bierze na siebie kolejne zadania i pomaga ukochanej kobiecie. Cierpliwie czeka, aż dla Poppy skończy się żałoba i kobieta będzie gotowa, by ułożyć sobie życie z innym mężczyzną - z nim, Colem. On już wie, że dla niego to ta jedyna i że tylko z nią może spędzić resztę życia. Ta pewność swoich uczuć daje mu siłę i motywację, by znosić każde zachowanie Poppy.

lista życzeń


Co mi się w książce podobało? Zdecydowanie lista. Sama jestem fanką wszelkich list "do zrobienia", i choć sama nigdy nie wpisuję na nie tak ekstremalnych pomysłów jakie miał James, bardzo mi się ten pomysł podobał. Realizacja kolejnych punktów sprawiała, że akcja była ciekawsza i po prostu coś się działo. Bo gdyby zostawić tylko Poppy i Cole'a, wiałoby nudą. Nie lubię, kiedy cała akcja dzieje się tylko w głowach i sercach bohaterów, a w ich przypadku niestety tak by było. Doszło to tego oczywiście sporo westchnień, uderzeń serca, nerwowych oddechów i innych rzeczy, na które w normalnym świecie nie zwraca się uwagi - bo na przykład nie da się usłyszeć rytmu oddechu osoby stojącej w drugim końcu pomieszczenia, tylko bohaterowie romansów mają takie nadprzyrodzone zdolności.



lista życzeń

Książka nie była zła. Zdecydowanie uratował ją motyw przewodni listy, popychał akcję do przodu. Wątek romantyczny ciężko mi ocenić, bo nie jestem specjalistką od nich i raczej nie czytam książek, w których tylko taki wątek występuje. Dla mnie relacja Poppy i Cole'a momentami była bardzo dziwna i musiałam sobie cały czas przypominać, że przecież Cole chce się ożenić w przyszłości z Poppy, dlatego znosi jej humory i głupie pomysły i cierpliwie czeka zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie. Tam, gdzie nie było realizacji listy i śledztwa, szybko robiło się mdło. Na szczęście kilka wątków zostało ze sobą wymieszanych i koniec końców lektura okazała się całkiem znośna. Lekka, niestety mało angażująca - czytałam ją naprawdę długo. Nie zapadnie mi też zapewne w pamięci, ale plusem jest to, że nie zerkałam co chwila ile jeszcze stron do końca, żeby jak najszybciej ją odłożyć.

wtorek, 28 maja 2019

[48] Roger Hobbs - Ghostman



Lubię od czasu do czasu obejrzeć jakiś film akcji z pościgami, szybkimi samochodami i pełne przemocy. Jeśli jest to dobry film, zapewnia całkiem niezłą rozrywkę. Nie czytałam jednak do tej pory książki o takiej tematyce. "Ghostman" jest historią jednego napadu na bank, w którym nic nie poszło zgodnie z planem. Ktoś zginął, ktoś zaginął, a najważniejsze, że nie wiadomo co się stało z pieniędzmi. Tytułowy Ghostman, czyli facet "od znikania" w ramach starego długu wdzięczności ma znaleźć pieniądze i posprzątać po napadzie, tak by nikt nie powiązał go z człowiekiem odpowiedzialnym za wszystko.



Bałam się trochę, że "Ghostman" okaże się zbyt trudną lekturą, pełną fachowych pojęć i opisów, których nie zrozumiem. Na szczęście nawet te trudniejsze zagadnienia zostały wytłumaczone. Autor nie przedłużał opisów broni, choć wymieniał szczegółowo każdy jej rodzaj, jaki posiadali bohaterowie. Rozumiem jednak, że to było konieczne, ponieważ w całej historii broń była równie ważna co bohaterowie epizodyczni, a w niektórych momentach nawet ważniejsza.



Ghostman, czyli Jack, nie był bohaterem, który przez całą książkę stara się, żeby czytelnik go polubił. Wręcz przeciwnie, Jack zarówno w kontaktach w innymi ludźmi jak i w swoich wewnętrznych monologach czy wspomnieniach był postacią oziębłą, pozbawioną współczucia i ludzkich odruchów. Żył tylko swoją pracą i tylko ona miała dla niego znaczenie. Był naprawdę dobry w tym co robił, w zmienianiu tożsamości i wodzeniu wszystkich za nos. Był inteligentny i sprytny, a to, w jaki sposób udawało mu się wykaraskać z każdych kłopotów, nie było sztuczne czy oklepane. Trzeba jednak przyznać, że Jack nie był okrutny. Był profesjonalistą w każdym calu, i tak przesiąkł swoją pracą, że nie pozostało w nim nic poza Ghostmanem. Świetnie czyta się książki z takim bohaterem, kiedy akcja jest zagmatwana i wciągająca, nic wtedy nie rozprasza, a sam główny bohater jest przewodnikiem, który prowadzi przez meandry fabuły, bez niepotrzebnego zawracania głowy swoją osobą i swoimi odczuciami. Polubić go jednak nie ma za co.



Akcja książki bardzo szybko się gmatwa i robi interesująca, na szczęście nie trzeba się przebijać przez kilkadziesiąt stron nieciekawego tekstu. Sprawa napadu na bank, z pozoru bardzo prosta, okazuje się bardzo skomplikowaną akcją, w której wcale nie chodziło o zagarnięcie pieniędzy banku dla siebie. W samym centrum znajduje się Jack, który najpierw musi odkryć całą prawdę, a później poprowadzić ją w taki sposób, żeby jak najwięcej ugrać dla siebie - przede wszystkim własne życie. Książka była bardzo wciągająca, czytając ją trzeba było oderwać się od rzeczywistości i mocno skupić się na akcji. Znalazłam w niej wiele nowinek, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Podobała mi się, ale chyba jednak to nie będzie moja ulubiona tematyka. 


środa, 22 maja 2019

[47] Brittainy C. Cherry - Powietrze, którym oddycha

Cegiełka po cegiełce budujemy swoje życie. Dokładamy starań, aby nasze związki były silne. Tworzymy domy, które urządzamy latami. Planujemy, marzymy o przyszłości. Myślimy o tym, co jeszcze przed nami, co nowego osiągniemy, co zrobimy. I nie myślimy wcale o tym, że to co już mamy, nie jest nam dane na zawsze. Te mocne fundamenty, na których oparliśmy całe nasze życie, mogą ot tak zniknąć, a nasze życie zamienić się w ruinę. 




Elizabeth i Tristan stracili swoich bliskich. Ona męża, on żonę i syna. Jedna chwila, jeden wypadek samochodowy wytrącił ich nagle z ich orbit. Życie po śmierci ukochanych jest najtrudniejszą rzeczą, z jaką do tej pory musieli się zmierzyć. Każde z nich przeżywa swoją żałobę na swój sposób. Elizabeth ucieka z córką z domu i przenosi się do matki, bo nie wyobraża sobie, że mogłaby dalej prowadzić stare życie. Córka daje jej jednak siłę i to dla niej postanawia wrócić i poskładać swoje życie od nowa. Tristan odciął się od wszystkiego, co znał. W nowym miejscu nie czuje się jak w domu. Jest miejscowym dziwakiem, którego wszyscy unikają. Wszyscy, oprócz jego sąsiadki - Elizabeth. Kobieta dostrzega w nim smutek, który ją przyciąga, ponieważ sama dobrze go poznała od śmierci męża. Zaprzyjaźnia się z nim, a w końcu w nim zakochuje. Nawzajem pomagają sobie pogodzić się z tym co się stało i odnaleźć nowy sens życia.




"Powietrze, którym oddycha" to klasyczny wyciskacz łez. Elizabeth i Tristan to postacie bardzo skrzywdzone, nad którymi czytelnik się lituje i życzy im jak najlepiej. Ich smutek i złość jest opisana bardzo realistycznie, nie sposób nie wczuć się w ich historię i przeżywać ich smutku razem z nimi. To bardzo emocjonalna historia, która gra na naszych uczuciach. Jeśli lubicie książki o niezbyt skomplikowanej fabule, ale za to całej palecie emocji, to lektura dla was. Niestety mnie zabrakło tam akcji, były momenty, kiedy się nudziłam, ponieważ zupełnie nic się nie działo. Nie samymi emocjami czytelnik żyje, trochę akcji też musi być. Fabuła została ciekawie wymyślona i zakończenie było bardzo niespodziewane. Coś mi jednak w nim nie pasowało, zachowanie czarnego charakteru było bardzo mocno przerysowane. Pozostałe postaci były spójne i realistyczne, ta jedna tylko nie do końca się udała. 

Książkę oceniam jednak bardzo pozytywnie. Wciągnęłam się w nią, a to najważniejsze. Może gdybym pod koniec ciągle się od niej nie odrywała nie miałabym wrażenia, że czytam i czytam a tu nic się nie dzieje. Bardzo spodobał mi się styl pisania autorki. W naprawdę piękny sposób pisała o rzeczach zarówno zwyczajnych jak i tych trudnych do wyrażenia słowami. Cieszę się, że zabrałam tę książkę na majówkę.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

[46] Linda Bleser - Dom łez



Zastanawialiście się kiedyś jak potoczyłoby się wasze życie, gdybyście w którymś ważnym momencie podjęli inną decyzję? Skończyli inną szkołę, przyjęli propozycję innej pracy, oświadczyli się innej dziewczynie? Albo zrobili inaczej coś małego: poszli na imprezę mimo chęci pozostania w domu, raz wrócili do domu inną trasą, zapytali o drogę nie pierwszą ale drugą napotkaną osobę?  Linda Bleser w swojej książce zwraca uwagę na to, jak wiele może się zmienić w życiu za sprawą jednej decyzji.

Matka Jenny popełniła samobójstwo. Osierocone siostry całe życie trzymają się razem, opiekując się jedna drugą. Pewnego dnia Jenny otwiera drzwi do tajemniczego pokoju i traci przytomność. Kiedy się budzi okazuje się, że jej matka żyje. A zamiast młodszej siostry ma... starszego brata. Prowadząc własne śledztwo zagłębia się w tę inną przeszłość. Okazuje się, że inaczej podjęte decyzje wpłynęły na to, że życie Jenny z alternatywnej rzeczywistości potoczyło się zupełnie inaczej.


Jenny z jednej alternatywnej rzeczywistości trafia do kolejnych. Poznaje inne wersje swojego życia, doświadcza tego, co prawdziwa ona utraciła. Ale też przede wszystkim zaczyna doceniać to, co ma. Tęskni za swoim nieidealnym życiem i snuje plany o tym, jak mogłaby naprawić w nim to, co przez swoje nastawienie i lęki zepsuła. Jej podróż jest bardzo oczyszczająca, to forma terapii, która pomaga jej się otrząsnąć ze smutku i lęku, które odczuwa od dnia śmierci matki. Jenny odkrywa w sobie nową energię i zaraża nią czytelnika. Autorka pokazuje, że pozornie trudne problemy i konflikty można w bardzo łatwy sposób rozwiązać, zwyczajnie szczerze rozmawiając. Czasami jest to bardzo trudny krok, ale kiedy już się go wykona, satysfakcja jest ogromna. Z własnego doświadczenia wiem, że milczenie pogłębia konflikt dużo bardziej niż kolejna kłótnia. Niektórych relacji nie da się już naprawić, ale próba przynajmniej przynosi spokój.



Książka nie była wybitna, a akcja nie była bardzo porywająca. Autorka miała jednak ciekawy pomysł i udało jej się przekazać trochę energii do działania w sferze problematycznych relacji międzyludzkich. Być może niektóre osoby "Dom łez" skłoni do rozmyślań nad własnym życiem i wyborami, a także konsekwencjami, jakie miały one niosły. Dla mnie chyba za mało filozofii tam było, żebym się natchnęła. Dużo lepiej trafił do mnie wątek ratowania relacji z bliskimi. Jeśli lubicie książki spokojne, trochę melancholijne, bez porywającej akcji, to podoba wam się "Dom łez".

piątek, 8 marca 2019

[41] Czarna kobieta, biały kraj

Czarna kobieta, biały kraj to nie jest typowa powieść. To historia życia i walki ze złem silnej kobiety, która potrafiła wziąć swoje życie we własne ręce i ukształtować je w taki sposób, by móc powiedzieć, że czuje się szczęśliwa i bezpieczna.



Waris Dirrie opowiada o sobie i swojej walce z obrzezaniem nie tylko w krajach afrykańskich, ale również europejskich. Akcja książki rozgrywa się w czasie kręcenia filmu Kwiat pustyni, opowiadającego o dzieciństwie Waris i jej początkach życia poza Afryką. Teraz kobieta jest już dorosła i prowadzi fundację walczącą z praktykami okaleczania kobiecych genitaliów. W swoich podróżach do Afryki, spotkaniach z tamtejszymi ludźmi, nie tylko swoimi rodakami, powoli odkrywa co tak naprawdę dolega Czarnemu Kontynentowi i jak bardzo jego problemy są złożone. Dochodzi do wniosku, że tradycja obrzezania nie zniknie, jeśli nie zawalczy się w krajach afrykańskich o prawa kobiet, o ich poczucie własnej wartości, ich wykształcenie i samodzielność. Waris postanawia więc pomóc swojej ukochanej Afryce w inny sposób – pomóc jej mieszkankom zrozumieć, że same mogą o sobie decydować i umożliwić im to, pomagając im zdobyć wykształcenie, założyć własny biznes.



Waris opuściła Afrykę jako dziecko. Znała pustynię i życie nomadów, nie miała pojęcia o tym, jak bardzo źle jest w pozostałych częściach kontynentu. Jej dorosła podróż do Afryki pełna jest dla niej zaskoczeń. Dowiaduje się na przykład, jak bardzo zagrożone jest środowisko naturalne Afryki. Jak bardzo jej potencjał pozostaje niewykorzystany. Że najbardziej Afrykę wykorzystują jej elity, rabujące pieniądze płynące z Europy na poprawę sytuacji na kontynencie. Waris pisze o tym wszystkich i o wielu innych sprawach, naświetlając nam, białym, jak wygląda naprawdę sytuacja w Afryce i jakie działania mogłyby jej najbardziej pomóc. Nie tylko pieniądze – te bowiem i tak trafiają do kieszenie rządzących bogaczy. Afryka potrzebuje wsparcia w tworzeniu małych przedsiębiorstw, dzięki czemu będzie mogła przestać być uzależniona tylko od rolnictwa a także przetwarzać swoje bogactwa naturalne i sprzedawać je innym krajom za cenę ich rzeczywistej wartości, a nie jak dotąd zaledwie za ułamek wartości dlatego tylko, że jej mieszkańcy nie posiadają umiejętności ani właściwej infrastruktury, by te bogactwa naturalne przetworzyć. Przykładem może być kawa. Niepalone ziarna sprzedawane są do krajów europejskich za bardzo niską cenę. Tam następnie są palone i ich wartość wzrasta kilkukrotnie. Gdyby znalazł się ktoś, kto zainwestowałby w palarnie w Afryce i zatrudnił w nich miejscową ludność, problem skrajnego ubóstwa w tym regionie zostałby wyeliminowany, ponieważ ludzie dostaliby wreszcie pracę. Afryce trzeba więc dać wędkę, nie rybę.



Przemyślenia Waris nie są wielkim odkryciem. Każdy, kto choć trochę interesuje się sytuacją w Afryce wie w czym problem. Korupcja, brak wykształconej klasy średniej, wojny domowe – to nie pozwala wielu Afrykanom wyrwać się z biedy. Czarna kobieta, biały kraj nie wywrócą nagle naszego świata do góry nogami. Na pewno jednak poruszą gorące przemowy Waris, jej pełne zapału słowa i plany o ratunku dla Afryki. I może też sprawią, że inaczej spojrzymy na sytuację w naszym kraju. Waris dużo pisze o związku człowieka z naturą. W prosty, ale jednak trafiający do serca sposób. O tym, jakie ważne jest by żyć w zgodzie z nią, by ją ratować. 

 

środa, 6 marca 2019

[40] Sarah Pinborough - Co kryją jej oczy



"Co kryją jej oczy" wstrząsnęła mną na dobre kilka dni. Nie często spotykam tak rewelacyjne i mocno oddziałujące na mnie książki. Niespecjalnie zaczynająca się historia nie wiadomo kiedy ewoluowała, stając się małym potworkiem, który mimo że wzbudza odrazę, to hipnotyzuje i każe na siebie patrzeć.



Książka opowiada historię Louise, samotnej matki tęskniącej do życia, w którym będzie coś więcej niż tylko praca, dom, dziecko. Jest pełna nadziei, kiedy pewnego wieczoru poznaje w barze Davida i zaczyna z nim flirtować. Szybko jednak spada z różowej chmurki, kiedy okazuje się, że mężczyzna jest jej nowym szefem. I na dodatek ma piękną i sympatyczną żonę. Louise nie może sobie odmówić kontynuowania znajomości zarówno z Davidem, jak i jego żoną Adele. Pada ofiarą manipulacji i robi dokładnie to, czego ta dwójka od niej wymaga. Kiedy udaje jej się odkryć prawdę, jest już za późno żeby się wycofać. Adele wcale nie jest ofiarą przemocy domowej, zahukaną i stłamszoną przez męża sadystę. Wszystko to było tylko grą i nakładaną maską, prawdziwa Adele jest zupełnie inna. I bardzo, bardzo sprytna. Nikt nie powinien wątpić, że ona dostanie to czego chce. A czego chce Adele? Odpowiedź na to pytanie była dla mnie największym wstrząsem.



Historia opowiedziana jest po mistrzowsku. Ważne detale i szczególiki, które mogłyby naprowadzić czytelnika na rozwiązanie zagadki, są dawkowane tak, żeby zaciekawić ale nie zdradzić za dużo. Postacie i ich zachowanie od początku są zagadkowe, widać, że coś z nimi nie tak. Czytałam o dziwnych zachowaniach Adele, a i tak dałam się jej oszukać, nawet wiedząc więcej od Louise. Bardzo chciałam uwierzyć Adele, osądziłam od razu Davida. Prawda była jednak bardzo głęboko ukryta, i do samego końca znała ją tylko Adele. Ani jeden moment książki mnie nie rozczarował i nie zawiódł. Było tajemniczo, wstrząsająco, było inaczej. Zdecydowanie polecam tę książkę każdemu. Nie obiecuję jednak, że będziecie mieli po niej spokojny sen i że nie będziecie wpatrywać się w sufit nad łóżkiem. 


środa, 6 lutego 2019

[37] Alexandra Salmela - 27, czyli śmierć tworzy artystę



Angie jest artystką. Na razie nikt jeszcze o niej nie słyszał (być może dlatego, że jeszcze nic nie stworzyła?), ona już jednak wszystko sobie zaplanowała. Do swoich 28 urodzin musi stać się sławna (albo chociaż stworzyć dzieło, które zostanie odkryte nieco później i przyniesie jej pośmiertną chwałę) i umrzeć. Zadręcza swoich przyjaciół pomysłami na własną śmierć oraz swoimi pomysłami na "dzieło życia". Nie potrafi zrozumieć, dlaczego nie podzielają oni jej obsesji na punkcie liczby 27. Nie chcą zobaczyć tego co oczywiste, że wszyscy wielcy artyści zmarli w tym wieku. Że to granica, której nie można przekroczyć. Bo jeśli się to zrobi i w wieku 28 lat dalej pozostanie się żywym, stanie się szarym człowieczkiem bez szans na sukces. Angie czas ucieka. W poszukiwaniu natchnienia i spokoju wyjeżdża na fińską wieś, gdzie przez kilka miesięcy żyje w bliskim sąsiedztwie pewnej rodziny zwariowanej na punkcie ekologizmu, i gdzie bezskutecznie próbuje napisać książkę o sobie samej.



"27, czyli śmierć tworzy artystę" to książka jedyna w swoim rodzaju. Inna jest nawet jej konstrukcja. Nie ma podziału na rozdziały ale na fragmenty przedstawiane z punktu widzenia różnych postaci: Angie, czarnego kota, pluszowego Pana Prosiaczka i auta. Na początku trochę trudno jest się w tym odnaleźć, ponieważ dla każdego z narratorów rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, inaczej nawet nazywa bohaterów. Koniec końców jednak otrzymujemy spójny obraz, na który składają się te różne spojrzenia. I tak widzimy rodzinę ze wsi oczami Pana Prosiaczka, który uważa ich za najcudowniejszych ludzi na świecie i dla którego wszystko jest zabawą, oczami kota, który wyszydza wszystkie zachowania ludzi, oraz auta - które jest biernym obserwatorem wydarzeń i które skupia się tylko na prowadzonych dialogach.



Angie pod wpływem nowych sąsiadów zmienia się. Musi spuścić  z tonu i się dostosować do wiejskiego życia. Powoli też dojrzewa do tego by przed samą sobą przyznać, że jej obsesja na punkcie 27 jest bez sensu. Z postaci wybitnie irytującej staje się postacią smutną, której zaczynamy żałować.Wszyscy bohaterowie mają jakieś wady, a ich życiu bardzo wiele brakuje do idealnego czy chociaż zadowalającego.



"27, czyli śmierć tworzy artystę" to książka oryginalna. Zwariowana historia o zwariowanych bohaterach. Jest śmiesznie i smutno jednocześnie. Czytając nie nudziłam się, ale chyba jednak nie polubiłam tego stylu. Nie jest to lekka i uniwersalna opowieść dla każdego.

czwartek, 15 listopada 2018

[33] Łukasz Orbitowski - Exodus


"Exodus" pozbawi was spokoju. Sprawi, że poczujecie dreszcz. Że poczujecie się nieswojo, ogarnie was niepokój. Nie jeden raz zechcecie zamknąć książkę, odłożyć ją i więcej do niej nie wracać. Bo nie spodoba wam się uczucie, które będzie towarzyszyło lekturze, bo stwierdzicie, że to zbyt brzydkie i zbyt smutne. Że po co się denerwować i smucić, skoro można poczytać coś radosnego. Ale książki Łukasza Orbitowskiego nie można ot tak sobie porzucić. Ona jest jak żywe stworzenie, które już od pierwszych stron wgryza się w umysł i serce, przypomina o sobie i dręczy, że jej zakończenie po prostu trzeba poznać. 



Jestem dumna, że mojemu rodakowi udało napisać się książkę, która tak silnie na mnie podziałała. Wciągnęła mnie historia Janka - jego młodości, szybkiego rodzicielstwa i wielkiej tragedii, która kazała mu uciekać przed siebie, nie ważne dokąd, byle tylko nie zostać w miejscu, nie dać się poznać. Wstrząsnął mną obraz świata, jaki przedstawia Orbitowski. Świata brudnego, podstępnego, chaotycznego, pełnego pułapek i zdrad, nieprzewidywalnego. Janek, pozbawiony bezpiecznej przystani, staje się podobny do liścia targanego wiatrem. Bez domu, pieniędzy, tożsamości - może dotrzeć wszędzie, ale zostać nigdzie. To postać bardzo złożona. Raz mu współczułam i litowałam się nad nim, a już za chwilę nienawidziłam i zło, które go spotykało, uznawałam jeszcze za niewystarczającą karę, taką okropną osobą mi się wydawał. 



Chciałoby się wierzyć, że książka jest przerysowana i że świat wcale tak nie wygląda, że nie jest taki zły. Ale, niestety - jest. Jest w nim bieda, przemoc, choroba, zawiść. Wystarczy opuścić swoje bezpieczne, ułożone życie i dać się prowadzić przypadkowi, żeby zetknąć się z brudem tego świata.

"Exodus" to książka naprawdę bardzo dobra. To nie tylko wciągająca historia, ciekawe i dobrze zbudowane postacie, ale przede wszystkim to świetny warsztat pisarski. Podczas czytania przenosimy się do innego wymiaru, z którego wracamy odmienieni. 

niedziela, 2 września 2018

[28] Anna Kapczyńska - Zjeżona

Słabych bohaterek nie lubię. Kobiet popychadeł, szarych myszek, naiwnych i ślepych na niesprawiedliwość, jaka je spotyka. Nie lubię się nad takimi litować i nudzi mnie książka, w której pojawia się książę na białym koniu, który nagle takie ofiary losu ratuje. Nie wierzę w to, że wszechświat nagle się zatrzyma i ruszy w drugą stronę po to tylko, żeby tej biednej kobietce było lepiej. Bo tak nie będzie. Takie naiwne głupoty akceptuję w baśniach, nich sobie dzieci wierzą, że od siedzenia cicho w kącie zostaje się królową.


Zaczynając czytać "Zjeżoną" obawiałam się, że Henia będzie właśnie taką bezwolną kobietką, dla której dobrze jest tak jak jest, mimo że nie jest dobrze. Że będzie tylko siedzieć i czekać, aż zdarzy się COŚ. Na szczęście to zupełnie inny typ bohaterki. Henia ma naprawdę okropne życie. Tak okropne, że nie wiem jak mogła wytrzymać w takim układzie aż do swoich trzydziestych czwartych urodzin. Mieszka z rodzicami, którzy kontrolują ją, jakby nadal była dzieckiem a nie dorosłą kobietę. Od trzynastu lat jest w związku z nudnym jak flaki z olejem facetem, dla którego całym światem jest jego babcia. Wszystkie życiowe decyzje podejmują za nią inni. Jej najbliżsi nie rozumieją, że nie mają prawa rządzić jej życiem, a Heni brakuje sił, by się zbuntować. Mimo że wie, co jej nie pasuje, mimo że wie, czego by chciała. Tymczasem lata mijają, życie innych ludzi toczy się obok, a Henia dalej czeka i pozwala rządzić sobą innym.

Do momentu, aż trafia się okazja do buntu, Henia wyprowadza się od rodziców. I tym sposobem zaczyna się jej coraz szybsza przemiana. Kobieta nagle może zacząć żyć jak osoba dorosła, może robić ze swoim czasem co się jej podoba. Zaczyna odkrywać Poznań, poznając go na nowo. Zaczyna doświadczać nowych rzeczy, dowiadywać się o samej sobie co lubi, a czego nie lubi. Nabiera sił by nareszcie stać się niezależną.


Henia okazała się przesympatyczną bohaterką. Trochę nieporadną, stale pakującą się w dziwne i pogmatwane historie, ale przez to w książce mnóstwo było zabawnych momentów. Nawet te najbardziej irytujące, kiedy to Henia bezwolnie poddawała się woli swojego nudnego chłopaka, nie mającego dla niej za grosz szacunku, potrafiły zamienić się w zabawne scenki, kiedy to kobieta coraz śmielej zaczynała drwić z jego wad i mu się przeciwstawiać. Jej końcowa przemiana była ogromna, ale przez to, że zachodziła małymi kroczkami, bardzo wiarygodna. "Zjeżona" pokazuje, że w każdym momencie i w każdym wieku można wreszcie wziąć swoje życie we własne ręce i zacząć żyć po swojemu tak, żeby nie żałować żadnego dnia. Heni się to udaje, znajduje w sobie siłę i odwagę. Ale, żeby nie było, nie było buntu totalnego. Kobieta nie uciekła od swojego życia, zaczynając wszystko od nowa w nowym miejscu, wśród obcych ludzi. Ona po prostu nareszcie dorosła i pomogła swoim bliskim dostrzec, jaką osobą jest naprawdę i czego od nich oczekuje. To była bardzo mądra przemiana, która być może kogoś zainspiruje do szczerej rozmowy z bliskimi, którzy czasami woleliby ważne decyzje podejmować za nas. 


"Zjeżona" to przesympatyczna książka. Czyta się ją lekko, ale niezwykle szybko. Odkąd zaczęłam pracować od godziny 7 rano, coraz rzadziej zdarza mi się zarwać noc z powodu książki, nawet w weekend. "Zjeżoną" jednak musiałam dokończyć od razu, a nie czekać do następnego dnia. Książka nie jest emocjonalnym rollercoasterem, nie porusza bardzo trudnych, życiowych tematów. A mimo to niesie dużą dawkę emocji, można się przy niej pośmiać ale też i podenerwować na najbardziej irytujących bohaterów. Skłania tez do przemyśleń. Myślę, że w niektórych momentach każda z nas jest taką Henią - dla świętego spokoju ustępujemy, robimy tak jak wymagają od nas inni, mimo że takie zachowanie sprawia nam przykrość, smuci nas, odbiera szansę na bycie szczęśliwą. Bo tak łatwiej, nie trzeba się starać. Obiecujemy sobie, że następnym razem zrobimy po swojemu. I pewnie tak robimy - mam taką nadzieję! Ale im częściej ustępujemy, tym bardziej przyzwyczajamy ludzi, że nie mamy własnego zdania, że nie potrafimy decydować o sobie, że nami wręcz TRZEBA kierować - oczywiście, "dla naszego dobra". Po lekturze "Zjeżonej" chyba większą wagę będę przywiązywała do sytuacji, kiedy mam ochotę oddać własny los w ręce innych, choćby na chwilkę. Bo w ekstremalnych sytuacjach może się to skończyć naprawdę źle. 

"Zjeżoną" polecam wszystkim fankom kobiecej literatury, w której zahukane brzydkie kaczątko staje się silnym i pięknym łabędziem, oraz mieszkankom Poznania. Rozpoznacie wiele znanych wam miejsc i na pewno lepiej niż ja wczujecie się w klimat poznańskich dzielnic. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwom Videograf SA


czwartek, 12 lipca 2018

[23] Chloe Esposito - Szalona


Jak wyglądałby świat, gdyby ludzie nagle przestali przejmować się uczuciami innych, ich prawem do życia i wolności? Gdyby zaczęli łamać wszystkie normy, zapomnieli o zasadach kultury, przestali poskramiać swoje wewnętrzne zwierzę? Gdyby ważne stały się tylko ich pragnienia i ich jak najszybsze zaspokojenie? Na szczęście wizja takiego chaosu jest bardzo nierealna, bo inaczej świat pełen byłby szalonych Alvie.


"Szalona" to książka przede wszystkim zabawna. Zachowanie głównej bohaterki oraz jej normy moralne (lub ich brak) oburzają, ale przy tym niesamowicie bawią. Nie raz prawie płakałam ze śmiechu. Alvie to młodsza z sióstr bliźniaczek. Ta, która zawsze była drugą, pomijaną, mniej udaną. Śmiało mogę napisać, że niczego w życiu nie osiągnęła. A tymczasem jej idealna siostra Beth była i jest gwiazdą. Piękna, urocza, zdolna, a teraz jeszcze nieprzyzwoicie bogata żona miłości życia Alvie. Siostry nienawidzą się z wzajemnością, a mimo to Beth zaprasza do swojej willi Alvie. Dziewczyny udają, ponieważ każda ma ukryte cele. Alvie została właśnie bez pracy i bez dachu nad głową. Wizyta u nielubianej siostry bliźniaczki wydaje jej się jedyną ucieczką przed problemami codzienności. Czego chce Beth? Tego wam nie zdradzę, ale mogę obiecać, że będziecie zaskoczeni.



Alvie szykuje się na długie wakacje, pluskanie w basenie, opalanie i zupełny reset w sycylijskiej willi swojej siostry. Ale już pierwszego dnia sytuacja zaczyna się komplikować. Dziewczyna nie jest osobą racjonalną, do wszystkiego podchodzi bardzo emocjonalnie i działa impulsywnie, przez co jej kłopoty tylko narastają. Ale kto by się tym przejmował, bo na pewno nie przebojowa Alvie. Ma cudowny dar ignorowania tego co niewygodne, by w pełni móc cieszyć się życiem.

W książce nie brakuje nagłych zwrotów akcji i adrenaliny. Są też sceny brutalne oraz całkiem sporo scen sexu. To nie jest lektura skłaniająca do przemyśleń, ale z pewnością taka, przy której można się odprężyć i po prostu odpocząć. Właśnie ta jej lekkość i brak powagi (bo mimo, że Alvina robi rzeczy straszne, bardziej pasujące do thrillerów, w książce nie ma nic na poważnie), a do tego sceneria wydarzeń - słoneczna Sycylia, sprawiają, że "Szalona" wydaje się idealną lekturą na wakacje. 



"Szalona" to część pierwsza zaplanowanej trylogii. Już nie mogę doczekać się następnych części. Naprawdę, po przeczytaniu jej od razu chciałam ciąg dalszy, tym bardziej, że książka kończy się w momencie, kiedy Alvina znowu ma kłopoty, i ciekawa jestem, jak się z nich wykaraska. Jeśli jeszcze nie czytaliście, z całego serca polecam. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

wtorek, 8 maja 2018

[14] Cecelia Ahern - Kiedy cię poznałam




Cecelia Ahern jak nikt potrafi w sposób niezwyczajny opowiedzieć o rzeczach zwyczajnych. Jej bohaterowie nie są postaciami niepowtarzalnymi, obdarzeni wyjątkowymi cechami. To nikt o kim można tylko pisać, ale nigdy nim się nie stać. W jej książkach wszystkie role odgrywają ludzie zwyczajni, tacy jak my, nasi krewni i przyjaciele. Którzy mają zwyczajne życie, zwyczajne problemy. Ale ta zwyczajność jest pokazana w tak niezwykły sposób, że czytelnik nagle uświadamia sobie, że i jego życie nadawałoby się na materiał do książki. Że to co robi też jest niezwykłe, nawet jeśli do tej pory myślał o tym jako o szarej codzienności.

"Kiedy cię poznałam" to historia początków znajomości Jasmine i Matta, sąsiadów, którzy w tym samym czasie zostali bez pracy. Nadmiar wolnego czasu sprawia, że problemy, które do tej pory odpychali, pochłonięci życiem zawodowym, uderzają w nich z całą mocą, wytrącając z równowagi i zmieniając ich życie o 180 stopni.



Jasmine nie jest zwykłą pracoholiczką. Ona pracę kocha. Celem jej życia jest rozkręcać nowe firmy, tworzyć je od podstaw, a następnie sprzdawać. Kiedy nagle zostaje zwolniona i zmuszona odczekać rok, zanim znów podejmie pracę, nie ma co począć ze swoją niespożytą energią. Nie wie co robić i najzwyczajniej w świecie zaczyna się śmiertelnie nudzić. Rozrywki zaczyna jej dostarczać obserwowanie sąsiada z naprzeciwka - dziennikarza radiowego, do którego od kilku lat czuje nienawiść z powodu jednej z jego audycji. Powoli mężczyzna zaczyna wkraczać do jej życia, razem ze swoją głośną i bardzo denerwującą osobowością oraz problemami zawodowymi i rodzinnymi. Jasmine wcale nie chce się z nim zaprzyjaźniać, z czasem jednak zaczyna doceniać, że on zawsze jest obok. Bo w jej życiu też są problemy, nie tylko te związane z utratą pracy.



Książkę czyta się jednym tchem. Momentami jest lekka i radosna, a momentami smutna i zmuszająca do refleksji. Bohaterowie nie są wyidealizowani - są ludzcy, pełni wad i zalet. Czasami miałam ochotę nakierować ich, co powinni dalej zrobić, doradzić Jasmine jak bliskiej przyjaciółce. A później po prostu obserwowałam, jak popełnia błędy i rozumiałam ją, bo tak przecież każdy robi. Czasami czegoś po prostu trzeba spróbować i sparzyć się, mimo że od początku wiedziało się, że nic dobrego nie może z tego wyniknąć.



Jeśli ktoś szuka skomplikowanej i zawiłej fabuły, to tu jej nie znajdzie. W "Kiedy cię poznałam" jest mnóstwo ciepła i życiowej prawdy. Jest też nadzieja na to, że nie ważne jak bardzo skomplikuje się życie, wszystko można poukładać na nowo. I że czasem warto dać ludziom drugą szansę, poznać i zrozumieć. Dla mnie była to kolejna świetna powieść Cecelii, którą z całego serca mogę polecić.