Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka na podstawie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka na podstawie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

[72] Oliver Bowden - Assasin's Cree Origins. Pustynna przysięga

     
assasin's cree pustynna przysięga

    Kto nigdy nie słyszał o Assasin's Creed? Mam wrażenie, że swego czasu reklamy kolejnych części gier pojawiały się dosłownie wszędzie. Ja graczem nie jestem (próbowałam, podobało mi się, ale niestety zupełnie mi nie szło), ale uwielbiam ścieżkę dźwiękową z Assasin's Creed II - "Ezio's Family" to prawdziwe arcydzieło. Kilka lat temu przeczytałam książkę na podstawie tej gry, widziałam film, teraz przyszła pora na kolejną książkę. Zupełnie nie po kolei, ale akurat w przypadku tych książek kolejność czytania nie jest ważna. "Pustynna przysięga"nie nawiązywała do wcześniejszych książek i z łatwością można ją było zrozumieć.

    Bayek jest synem obrońcy miasta Siwy. Powoli przygotowuje się do przejęcia roli ojca, korzysta z życia i nie ma pojęcia o tajemnicach skrywanych przez rodziców oraz o wyroku śmierci, który wydano na niego i jego rodzinę. Pewnego dnia jego ojciec nagle opuszcza Siwę, bez słowa wyjaśnienia. Bayek upiera się, że sprowadzi go z powrotem, i wyrusza na poszukiwanie ojca. Za radą doradczyni ojca wyrusza do Teb, gdzie ma nadzieję znaleźć swoją starą przyjaciółkę Nubijkę Kensę. Ona i jej plemię toczą tam ciągłą walkę z pewnym złodziejem, z którym ojciec Bayeka też kiedyś się starł. Chłopak podejrzewa, że to ta stara sprawa wygnała ojca z domu.
 
assasin's cree pustynna przysięga


    Na tym początkowym etapie przygód Bayeka książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Chłopak jest bohaterem, którego da się polubić. Jest lekko zadufany w sobie, ale autor absolutnie go nie idealizuje. Pozwala mu popełniać głupie błędy, potrzebować pomocy, mieć słabości. Jego przygody nie są porywające, akcja przebiega raczej spokojnie - wiadomo, to dopiero wstęp do czegoś ważniejszego.


    Książka napisana jest na podstawie gry i w jej akcji zdecydowanie można to odczuć. Fabuła toczy się od jednego zadania do drugiego. Podobał mi się taki styl pisania. Nie było zbędnego przynudzania zbyt wieloma szczegółami, a jednak akcja nie została opisana pobieżnie. Książkę zaliczyłabym do bardzo udanych, gdyby nie to, że nie podobał mi się sam pomysł na fabułę. Być może w grze byłoby to dla mnie ciekawsze, w książce  okazało się niewystarczające.
 
assasin's cree pustynna przysięga


    Jeśli ktoś lubi i zna historie starożytnego Egiptu, pewnie słyszał o Medżajach. Ja nic o nich nie wiedziałam i z treści książki też za dużo się nie dowiedziałam, a to było osią, wokół której kręciła się cała akcja. Wszystkie fakty o nich, ich ideologia przedstawione zostały w bardzo oszczędny sposób, i za każdym razem autor przytaczał te same informacje. A ja dalej nie wiedziałam co takiego oni właściwie robią i za co giną? Dlatego też cała akcja nie bardzo mnie wciągnęła. Zakończenie było przewidywalne i z ulgą zakończyłam książkę.


    Czy polecam "Assasin's Creed Origins. Pustynna przysięga"? Książkę zdecydowanie nie. Ale chętnie poznam kolejne części serii, bo spodobało mi się takie prowadzenie akcji jak w grze.

wtorek, 13 kwietnia 2021

[71] Michaela Carter - Surrealistka

michaela carter surrealistka

     Słyszeliście, że to podobno cierpienie jest największym źródłem weny twórczej? Złamane serce, odrzucona miłość, niespełnione marzenia, przekreślona wspólna przyszłość, zdrada i odejście. Jakby sztuka była jedynym kanałem na pozbycie się tego całego bólu. Z historii Leonory Carrington można wyciągnąć natomiast inny wniosek - to prawdziwa, wielka miłość obudziła w niej artystkę i pobudziła do stworzenia wielkich dzieł, podziwianych do dziś. Bo w "Surrealistce" obok tematu sztuki to miłość gra pierwsze skrzypce.

    Leonora Carrington urodziła się po to, by zostać malarką. Wychowana przez Nianię opowiadającą jej irlandzkie baśnie i legendy, była małą buntowniczką nie dającą się zamknąć w sztywnych ramach. Chciała żyć po swojemu, mówić to co czuje a nie to co wypada, bawić się i poświęcić sztuce. Wyrzucana z kolejnych szkół z internatem w końcu zawarła umowę z apodyktycznym ojcem i zaczęła studiować malarstwo w Londynie. Tam Leonora rozpoczęła swoją drogą do zostania wielką artystką. Tu też spotkała pierwszych surrealistów, którzy wywarli na nią ogromny wpływ. Największy - Max Ernst. Leonora zakochała się w nim miłością wielką, która wywróciła jej życie do góry nogami. Otworzyła oczy na ogrom świata, wskazała własną drogę i wyprowadziła z Londynu, gdzie nigdy nie mogłaby całkiem wyzwolić się spod wpływu Ojca. 

michaela carter surrealistka

    Leonora i Max wyjechali do Paryża, gdzie wśród paryskiej bohemy dziewczyna poznawała jak to jest żyć sztuką i dla sztuki. Spotykała artystów, zawierała przyjaźnie, czerpała od nich inspiracje. Tego fragmentu książki obawiałam się najbardziej. Bałam się, że będzie dla mnie niezrozumiały, że rozmowy grupy artystów będą na tyle oderwane od rzeczywistości, że przekartkuję książkę szybko dalej. Nic bardziej mylnego. Ani przez moment nie czułam się zagubiona, a jednocześnie wiedziałam, że to nie są rozmowy, które mogłabym sama kiedykolwiek prowadzić ze swoimi znajomymi.  Nie mająca w sobie za grosz poetyckości ja czytałam opisy obrazów i widziałam je przed swoimi oczami, czułam ich znaczenie i miałam poczucie, że są idealne - żaden element nie wydawał się zbędny, żaden nie był nieistotny. Pobyt Leonory we Francji to nie tylko piękny opis obrazów, ale też przyrody, relacji międzyludzkich i zrozumienia samego siebie. Dla bohaterów książki, Maksa i Leonory, był to bardzo ważny rok, który do końca życia pozostał w ich pamięci i wpływał na nich. 

    A dla czytelnika? To cisza przed burzą. Bo czas romansu Leonory i Maksa przypada na lata tuż przed drugą wojną światową. I kiedy akcja książki wkroczyła w ten moment, przepadłam całkowicie. Jeśli miłość Leonory i ponad dwukrotnie starszego od niej żonatego Maksa, była związkiem trudnym, to w czasie wojny stała się prawie że niemożliwa. Przeplatane ze sobą rozdziały z czasów wojny i z czasów przed wojną jeszcze podsycają uczucie niepewności i pewnego zniecierpliwienia - co też się stanie i kiedy wreszcie się stanie. Czytając tę opowieść wręcz czułam, jakby to mnie grunt palił się pod stopami, jakby każdy nerw w moim ciele krzyczał "uciekaj". 

 

michaela carter surrealistka

     Wtedy też odezwała się moja irytacja na zachowanie bohaterów. Na Maksa, że ignorował wszystkie znaki, że nie kochał Leonory tak jak ona jego, że nie zależało mu na jej bezpieczeństwie. I na Leonorę, że nie postawiła postawić siebie na pierwszym miejscu, że zawsze musiał to być Max. Wojna jednak zmieniła ich relację. Zarówno Leonora jak i Max dojrzali (o ile można mówić o dojrzewaniu pięćdziesięciolatka). Obydwoje odkryli siebie na nowo, przewartościowali swoje życie i podjęli wielkie decyzje. Jednak stracili też coś bezpowrotnie, i to im i czytelnikowi łamie serca. 

    Surrealistka to opowieść o prawdziwych ludziach, o wybitnych artystach, którzy tworzyli nurt surrealistyczny w czasach, kiedy za bycie artystą groziła śmierć. To historia wielkiej miłości, z której narodziła się wielka sztuka. O życiu na przekór innym, według własnych zasad, o szukaniu dla siebie miejsca dla barwnych motyli w poukładanym, szarym świecie. Ale to też opowieść o egoizmie, wykorzystywaniu innych, ucieczce od odpowiedzialności za siebie samego. I o szaleństwie, które zrodził strach. 

michaela carter surrealistka

    Konstrukcja tej książki mnie zachwyciła. Początek, tak barwny i pełen symboli, spokojny i marzycielski. Jak wiosna, kiedy razem z Leonorą można było obudzić w sobie drzemiącą cząstkę artysty i spojrzeć inaczej na otaczający świat. Kiedy kwitła miłość pomiędzy dziewczyną i jej ukochanym. Później nagły wybuch lata - duszny, niecierpliwy, pełen zagrożeń. Gdzie napięcie rosło jak temperatury w lipcu. Jak coś, co trzeba przetrwać, ale na co nie ma się już sił. I na koniec chłodna jesień. Ze swoją nostalgią, wspomnieniami i pożegnaniami. Z końcem tego, co narodziło się wiosną. Z chęcią cofnięcia się do tego, co było, przywrócenia dawnego porządku. Zakończenie mnie uspokoiło, ale też pozostawiło we mnie jakąś melancholię. Bo chociaż wiem, że dla Leonory był to początek nowej drogi i że jej życie i proces tworzenia trwały dalej, to skończyło się coś pięknego i niepowtarzalnego. Przywiązałam się do tych bohaterów, nawet do samolubnego Maksa, i z pewnym smutkiem kończyłam książkę. Czy czegoś mi w książce zabrakło? Perspektywy Maksa z czasów przed wojną. Jego postać przeszła wielką przemianę, ale widać to było tylko przez porównanie jego zachowania obserwowanego przez innych. Max z początków znajomości i z czasów beztroski jest tajemniczą postacią, niezbyt sympatyczną i nie wzbudzającą mojego zaufania, ale też niemą. Nie mamy również spojrzenia na sztukę jego oczami. 

michaela carter surrealistka


    Surrealistka opisuje prawdziwe wydarzenia, ale ja cały czas czułam, jakbym czytała najpiękniej wymyśloną powieść, tak barwne i pełne tragizmu były te wydarzenia. Oczywiście pobudziło to moją ciekawość i zainteresowanie postacią malarki. Wiem, że jej myśli spisane w książce są tworem autorki, ale czytając niektóre z nich czułam, jakby to w mojej głowie powstały, nawet te najbardziej oderwane od rzeczywistości. Przez to też wzrósł mój sentyment do Leonory i choć już zapoznałam się z jej twórczością, mam ochotę sięgnąć po jej pełną biografię, opisującą całe jej życie, również to po zakończeniu Surrealistki.

     Surrealistka ma dziś swoją premierę. Dzięki portalowi lubimyczytac.pl i uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis miałam możliwość przeczytać ją przed tą datą. Gorąco polecam. Nawet jeśli nie interesujecie się sztuką i postać Leonory Carrington jest wam obca, gwarantuję, że dacie się porwać historii tej wielkiej miłości w potwornie burzliwych czasach.

 


środa, 31 marca 2021

[69] Brodi Ashton, Cynthia Hand, Jogi Meadows - Moja Jane Eyre

 

moja jane eyre

    Tak mi przyszło do głowy, że niektórzy tę książkę mogliby nazwać profanacją. Oryginał jest przecież doskonały, od tylu lat zdobywa nowych czytelników, ma niepowtarzalny styl i już dawno temu stał się książką kultową. Jak więc można go przerabiać, robić z niego komedię? Po co? Dla mnie to taka próba złagodzenia trochę dość ciężkich w odbiorze Dziwnych losów Jane Eyre, dotarcie do innej grupy czytelników i być może zainteresowanie ich oryginałem. Dziwne losy Jane Eyre czytałam jakiś czas temu i zupełnie nie przypadła mi do gustu. Fabuła była ok, ale nie polubiłam głównej bohaterki i książkę czytało mi się źle.. Za to Moja Jane Eyre...ach, to była prawdziwa przyjemność czytać tę książkę. 

moja jane eyre


    Cała akcja książki jest mocno inspirowana fabułą oryginału, ale jest w niej jeden dodany, bardzo ważny wątek, który wszystko zmienia - Jane widzi duchy. Ten jeden szczegół pozwolił autorkom tak bardzo splątać fabułę, że już po kilku rozdziałach zapomina się, że to przeróbka innej książki. Atmosfera Mojej Jane Eyre jest zupełnie inna niż w powieściach Bronte. Książka pisana jest bardzo współcześnie, bohaterowie też są bardziej zrozumiali i mniej sztywni. Wyszła z tego mieszanka stylów, przez co postaci są bardzo nierealistyczne, ale w tej książce pasują idealnie. 


    Nie ma tu trudnych tematów. Każdy motyw - nawet miłości - został spłycony i potraktowany niepoważnie. Książka jest świetna na poprawienie humoru, na miłe spędzenie wieczoru. Czyta się ją bardzo szybko, co chwilę się uśmiechając lub wybuchając śmiechem. W fabułę naprawdę można się wciągnąć - mamy tu jedną wielką zagadkę, której nie ma w oryginale. Bez obaw więc można przeczytać Moją Jane Eyre nawet jeśli zna się oryginał - te książki są po prostu do siebie tak zupełnie niepodobne, że można się zaskoczyć. 

 

moja jane eyre

    Mimo, że książka bardzo mi się podobała i przeczytałam ją z przyjemnością, znalazłam w niej kilka błędów. Przede wszystkim, momentami była mocno przesadzona. Sytuacje były mocno przekombinowane. Miały być maksymalnie zabawne, ale traciły przez to dużo na logice i autentyczności. Pewnie gdybym nie była w odpowiednim humorze i nie nastawiała się właśnie na śmieszną komedię, byłabym zniesmaczona głupotą bohaterów. Mimo to i tak niektóre sceny mnie niecierpliwiły - były nudne, pełne nonsensów, napisane chaotycznie i właściwie nie wiadomo po co. Brakowało mi ważnych opisów, a za dużo było szczegółów mających dodawać humoru, które były swoimi ciągłymi powtórzeniami.


    Cieszę się, że mogę ocenić książkę tak jak ja ją odebrałam - w według takiego kryterium daję jej wysoką ocenę. Gdybym miała ocenić na chłodno jej plusy i minusy, ocena byłaby inna. Moja Jane Eyre nie jest dziełem wybitnym ani wzorowym, zapada za to w pamięć i wyróżnia się na tle innych książek. Jej przesada i groteskowość potrafią rozśmieszyć, i dla mnie w końcowym rozrachunku tylko to się liczy.

 

moja jane eyre

 



wtorek, 1 października 2019

[51] Tessa Afshar - Perła w piasku

Skuszona okładką i opisem książki, obiecującym orientalną historię jednej z biblijnych postaci, sięgnęłam po książkę. Liczyłam na piękne opisy przyrody i zwyczaje mieszkańców pustyni. Na dramatyczne wydarzenia, żywych bohaterów, jednym słowem - porywającą historię. Niestety, lektura okazała się gorzej niż zła.



Zacznijmy od tego, że jeden z najciekawszych okresów życia Rachab został praktycznie pominięty. Jej życie w Jerychu było opisane pobieżnie, jakby w ogóle nie miało znaczenia. Tak, było nieprzyjemne, z pewnością nie mogło zostać uznane za inspirujące, ale stanowiło takie pole do popisu dla autora. Starożytne Jerycho z niezdobytymi murami, ze swoimi krwiożerczymi bogami, ze skandalicznym sposobem życia najbogatszych. No ale trudno, pomyślałam sobie, autorka ominęła to bo na pewno chciała skupić się na czymś innym, czemu poświęci większość książki.

"Perła w piasku" jest tak przesycona religijnością autorki, że momentami aż nie mogłam tego znieść. Miałam wrażenie, że czytam nie powieść, a podręcznik do religii. Problem leżał chyba w tym, że autorce nie udało się zachować równowagi pomiędzy akcją a wywodami na temat miłości Boga. Książka była po prostu nudna. Samo nawrócenie Rachab było bardzo naciągane. O Bogu opowiedział jej żołnierz z Jerycha, a ona po kilku zdaniach stała się jego znawczynią i gorliwą wyznawczynią. Kobieta przyzwyczajona do innych bogów powinna wysnuć inne wnioski i dużo trudniej powinno jej być uwierzyć w tak odmienne bóstwo. Dla niej powinno to być w ogóle niepojęte, że jakikolwiek bóg może być tak dobry. Jej nikt nie przekonywał, nikt jej nie opowiadał, nie nauczał, sama odkryła prawdę. Nierealne.



Jerycho zostaje zdobyte, a jedyni ocalali - Rachab i jej rodzina, przyłączają się do Hebrajczyków, wrogów. Kolejny zgrzyt. Hebrajczycy byli potworami, inaczej tego nazwać nie mogę. Ocenili innych przez pryzmat własnej wiary i zwyczajów, uznali mieszkańców Kaanan - wszystkich! - za grzeszników, którzy nie zasługują na życie. I ich sukcesywnie wymordowywali. Oczywiście, głosząc jednocześnie nauki o miłosierdziu. Dla mnie była to potworność, zwłaszcza opis zdobywania Jerycha. Nie potrafię zrozumieć, jakim trzeba być człowiekiem, żeby po czymś takim z własnej woli dołączyć do morderców swoich sąsiadów, przyjaciół, dalszych krewnych? Jak bardzo trzeba było ich nienawidzić, żeby ucieszyć się z ich śmierci i stać się jednym z oprawców, przyczyniać się do kolejnych mordów? Rachab i jej rodzina to zdrajcy. Kobieta wiedziała o planach Hebrajczyków i pomagała im. Jak to mogło nie splamić jej sumienia gorzej niż bycie prostytutką? Wiem, że historia chrześcijaństwa pełna jest przemocy w imię wiary. Ale w "Perle w piasku" mamy pochwałę tych czynów i zupełny brak obiektywizmu.



Autorka pisze naprawdę pięknie. Ma świetny styl, fragmentami o miłości i wybaczeniu potrafi trafić do serca czytelnika. Szkoda tylko, że nie zna umiaru i nie poświęca w ogóle czasu na budowanie akcji. W książce jest tyle absurdów, że nie wiem jakim cudem dotrwałam do końca. Rachab poznaje Hebrajczyków, kiedy ci przychodzą do miasta szpiegować. Śmiać mi się chce, w jaki sposób autorka to opisała, jak bardzo beznadziejne to było. Szpiegowanie nie było Hebrajczykom potrzebne - nie mieli zamiaru używać podstępu ani tak naprawdę walczyć. "Szpiedzy" weszli tylko do jednego budynku i rozmawiali tylko z jedną osobą. To ma być "szpiegowanie"? No chyba jednak nie. Co dalej? Rachab twierdzi, że lista grzechów jej i jej rodziny ciągnie się w nieskończoność, a mowa jest tylko o profesji kobiety i oddaniu w ofierze dziecka jej siostry. Ona i jej rodzina to zdrajcy, a traktowani są jako postacie pozytywne. Szalmon to głupek, który uważa, że jego pierwsze małżeństwo było jałowe, bo jego żona nie była równie fanatyczna jak on - dokładnie takie słowa zostały użyte.

 Po opuszczeniu ruin Jerycha, zaczyna się wielka historia miłosna Rachab i Szalmona. To akurat mi się podobało. Było coś rozczulającego w ich wzajemnych unikach i niepewności, w ich walce z własnymi uczuciami. Naprawdę dobrze przedstawiony został strach i wstyd Rachab, żal i miłość Szalmona. To wszystko poszło dobrze, naturalnie i gładko, z morałem i jakąś lekcją. Ale tak nudno, że do czytania musiałam się zmuszać. Bo oprócz zapewnień o wzajemnej miłości i ciągłych rozmyślań Rachab i Szalmona na temat Boga, wybaczania i pokuty, nie działo się zupełnie nic.



Podsumowując, książki nie polecam. Nie ma w niej żadnej akcji ani fabuły. Autorka wprawdzie pisze bardzo dobrze, ale tematyka spodoba się bardzo wąskiemu gronu czytelników, większości nie spodoba się bezkrytyczne podejście do aktów ogromnego okrucieństwa. Autorka opisała ohydne mordowanie mieszkańców miast, które nic nie zawiniły Hebrajczykom.  Kiedy zaczynała pisać o sprawiedliwości Hebrajczyków, która jest po prostu okrucieństwem, jej bohaterów zaczynało się nienawidzić.  Bóg Hebrajczyków był bogiem bardzo mściwym i okrutnym, który karał nie za grzechy, ale za nieczczenie go. Mnie ta lektura na pewno nie sprawiła przyjemności. Fakt, wzbudziła silne emocje, nie mogłam nie czuć gniewu czytając o czynach Hebrajczyków. Ale to nie jest to, czego oczekuję od dobrych książek. Dla mnie ta książka to kompletna pomyłka.




piątek, 8 marca 2019

[41] Czarna kobieta, biały kraj

Czarna kobieta, biały kraj to nie jest typowa powieść. To historia życia i walki ze złem silnej kobiety, która potrafiła wziąć swoje życie we własne ręce i ukształtować je w taki sposób, by móc powiedzieć, że czuje się szczęśliwa i bezpieczna.



Waris Dirrie opowiada o sobie i swojej walce z obrzezaniem nie tylko w krajach afrykańskich, ale również europejskich. Akcja książki rozgrywa się w czasie kręcenia filmu Kwiat pustyni, opowiadającego o dzieciństwie Waris i jej początkach życia poza Afryką. Teraz kobieta jest już dorosła i prowadzi fundację walczącą z praktykami okaleczania kobiecych genitaliów. W swoich podróżach do Afryki, spotkaniach z tamtejszymi ludźmi, nie tylko swoimi rodakami, powoli odkrywa co tak naprawdę dolega Czarnemu Kontynentowi i jak bardzo jego problemy są złożone. Dochodzi do wniosku, że tradycja obrzezania nie zniknie, jeśli nie zawalczy się w krajach afrykańskich o prawa kobiet, o ich poczucie własnej wartości, ich wykształcenie i samodzielność. Waris postanawia więc pomóc swojej ukochanej Afryce w inny sposób – pomóc jej mieszkankom zrozumieć, że same mogą o sobie decydować i umożliwić im to, pomagając im zdobyć wykształcenie, założyć własny biznes.



Waris opuściła Afrykę jako dziecko. Znała pustynię i życie nomadów, nie miała pojęcia o tym, jak bardzo źle jest w pozostałych częściach kontynentu. Jej dorosła podróż do Afryki pełna jest dla niej zaskoczeń. Dowiaduje się na przykład, jak bardzo zagrożone jest środowisko naturalne Afryki. Jak bardzo jej potencjał pozostaje niewykorzystany. Że najbardziej Afrykę wykorzystują jej elity, rabujące pieniądze płynące z Europy na poprawę sytuacji na kontynencie. Waris pisze o tym wszystkich i o wielu innych sprawach, naświetlając nam, białym, jak wygląda naprawdę sytuacja w Afryce i jakie działania mogłyby jej najbardziej pomóc. Nie tylko pieniądze – te bowiem i tak trafiają do kieszenie rządzących bogaczy. Afryka potrzebuje wsparcia w tworzeniu małych przedsiębiorstw, dzięki czemu będzie mogła przestać być uzależniona tylko od rolnictwa a także przetwarzać swoje bogactwa naturalne i sprzedawać je innym krajom za cenę ich rzeczywistej wartości, a nie jak dotąd zaledwie za ułamek wartości dlatego tylko, że jej mieszkańcy nie posiadają umiejętności ani właściwej infrastruktury, by te bogactwa naturalne przetworzyć. Przykładem może być kawa. Niepalone ziarna sprzedawane są do krajów europejskich za bardzo niską cenę. Tam następnie są palone i ich wartość wzrasta kilkukrotnie. Gdyby znalazł się ktoś, kto zainwestowałby w palarnie w Afryce i zatrudnił w nich miejscową ludność, problem skrajnego ubóstwa w tym regionie zostałby wyeliminowany, ponieważ ludzie dostaliby wreszcie pracę. Afryce trzeba więc dać wędkę, nie rybę.



Przemyślenia Waris nie są wielkim odkryciem. Każdy, kto choć trochę interesuje się sytuacją w Afryce wie w czym problem. Korupcja, brak wykształconej klasy średniej, wojny domowe – to nie pozwala wielu Afrykanom wyrwać się z biedy. Czarna kobieta, biały kraj nie wywrócą nagle naszego świata do góry nogami. Na pewno jednak poruszą gorące przemowy Waris, jej pełne zapału słowa i plany o ratunku dla Afryki. I może też sprawią, że inaczej spojrzymy na sytuację w naszym kraju. Waris dużo pisze o związku człowieka z naturą. W prosty, ale jednak trafiający do serca sposób. O tym, jakie ważne jest by żyć w zgodzie z nią, by ją ratować. 

 

niedziela, 13 stycznia 2019

[35] Madeline Miller - Kirke



Mity greckie to taki wdzięczny temat na powieści. "Kirke" to nie pierwsza książka bazująca na micie, którą przeczytałam. Nie wiem czy najlepsza z kategorii, ale z pewnością najlepsza spośród książek, które czytałam przez ostatnie kilka miesięcy. To książka nie do końca trafiająca w mój gust literacki, a jednak spodobała mi się tak bardzo, że dałabym jej jakąś nagrodę. "Kirke" zachwyca już od momentu, kiedy pierwszy raz bierze się ją do rąk. Jej obwoluta i okładka to prawdziwy majstersztyk i ozdoba biblioteczki.



W "Kirke" znajdziemy całe mnóstwo mitologii greckiej. Jest tam przede wszystkim nimfa Kirke, ale też Odyseusz, Jazon, Dedal, Minotaur, Scylla, Medea, a także bogowie - Helios, Atena czy Hermes. Madeline Miller ułożyła wydarzenia mitologiczne w jeden ciąg chronologiczny, tworząc spójną historię z nimfą Kirke w samym środku. Z jej punktu widzenia śledzimy losy bogów i bohaterów, oraz zmieniający się świat ludzi. Kirke zmienia się. Z naiwnego podlotka staje się groźną kobietą-czarownicą, która mimo swojej pozornej siły wciąż jest niewystarczająco silna, by postawić się ojcu. Poznajemy jej rodzinę i najbliższe otoczenie z czasów dzieciństwa i młodości. Tych, których kochała i których nienawidziła. W książce dzieje się bardzo dużo. Gdyby to była historia osadzona w innych realiach można by stwierdzić, że nawet za dużo się dzieje. Ale to w końcu mitologia i naprawdę długi okres czasu. Mnie zupełnie nie przeszkadzało, że na kilkuset stronach upchnięty został materiał, z którego można napisać całą serię książek. 



Akcja książki pędzi szybko, od jednego wydarzenia do drugiego. Mimo to autorce udało się wprowadzić dużo rozmyślań Kirke i opisu jej uczuć. Dzięki temu możliwe było poznanie głównej bohaterki i zrozumienie jej. Książka ma niepowtarzalny klimat charakterystyczny dla mitów. Bogowie, nimfy i potwory są tam codziennością, a człowiek osobliwością. Zostaje on dokładnie zanalizowany, wręcz przebadany przez Kirke, która jest niebywale ciekawa tych niesamowitych istot, którym już w chwili narodzin pisana jest śmierć. Nie należy się jednak spodziewać, że w książce znajdziemy jakieś przemyślenia nad sensem życia człowieka i jego miejscem w świecie. "Kirke" to przede wszystkich magiczna opowieść o mitycznych bohaterach z wartką akcją i ciekawymi postaciami. Zdecydowanie polecam.



poniedziałek, 17 września 2018

[29] Philippa Gregory - Czerwona królowa

Philippa Gregory to autorka, która dla mnie mogłaby pisać podręczniki do historii. Jej pierwszą książką, jaką przeczytałam, była "Czarownica" - książka na tyle sugestywnie napisana, że miałam przez nią kilka koszmarów. Później przeczytałam "Dziedzictwo" - historię demonicznej Beatrice, dziewczyny mądrej, sprytnej i niewyobrażanie złej. A później odkryłam książki historyczne pani Gregory, i przepadłam na dobre.



"Czerwona Królowa" jest drugim tomem serii "Wojna Dwóch Róż". Choć spotkałam się i z wersją, że to tom czwarty lub trzeci. Opisuje ona wydarzenie mające miejsce w trzech innych tomach, jednak z punktu widzenia innej bohaterki. Tu o wojnie dwóch róż opowiada Małgorzata Beaufort, matka przyszłego króla Henryka. Poznajemy ją jako małą dziewczynkę, zawsze wierzącą w swoje powołanie i silną więź z Bogiem. Jej marzeniem było wstąpić do klasztoru i zostać świętą, matka jednak wydała ją bardzo szybko za mąż. Małgorzata była kuzynką króla Lancastera, i temu rodowi pozostała do końca wierna. Jako dorosła kobieta spiskowała, szukała sojuszników i opłacała działania zbrojne. Wierzyła w swoją sprawę, była pewna, że Yorkowie to uzurpatorzy i nie mogą dalej rządzić Anglią, że muszą zwolnić tron dla jej syna.



Małgorzata to postać irytująca. To kobieta wręcz nawiedzona, mająca obsesję na punkcie swojej rodziny i planów, jakie według niej ma wobec niej Bóg. Czasami trudno było mi nie denerwować się na jej jawną głupotę, kiedy z uporem maniaka ignorowała prawdę. Nie potrafiła docenić pokoju i dobrobytu, jaki zapanował w kraju pod rządami Yorka, bo cały czas myślała tylko o tym, jak może pomóc w pokonaniu go. Jej upór i determinacja byłyby godne pochwały, gdyby dotyczyły innej sprawy. Małgorzata i jej sojusznicy nie pozwalali wojnie się skończyć, podburzali i atakowali. Nie po to, żeby poprawić sytuację w kraju ale po to, żeby ich było na wierzchu.



"Czerwona królowa" opisuje prawdziwą historię, prawdziwy konflikt. To nie fantastyka, w której mamy Zło, które trzeba pokonać, z góry wiadomo kto jest dobry a kto zły i kto ma rację. Tutaj rację miały obydwie strony, a może nie miała jej żadna. Można polubić Małgorzatę i jej kibicować, albo uznać jej argumenty i marzenia za głupie, i sympatią obdarzyć jej przeciwników. Ja jej nie polubiłam, a książka i tak dostarczyła mi dużo rozrywki. Philippa Gregory pisze naprawdę dobrze. Zachowuje idealną proporcję pomiędzy dialogami a opisami.W plastyczny sposób opisuje wydarzenia, które wielu mogłoby uznać wręcz za nudne.Nie wiem, czy jest to książka dla każdego. Ja książki historyczne bardzo lubię, więc czytało mi się bardzo dobrze. Dla kogoś jednak, kto historii nie lubi i woli czytać książki, których akcja osadzona jest w teraźniejszości, na pewno nie będzie dobrym wyborem. Bo mimo, że napisana w bardzo ciekawy sposób, opisuje po prostu historię, która się kiedyś wydarzyła. Bez zbędnych ubarwień, dodatków w postaci magicznych istot czy romansów wymyślonych postaci.




niedziela, 26 sierpnia 2018

[27] Mario Puzo - Rodzina Borgiów

Historia Kościoła  to bardzo wdzięczny temat dla tych, którzy lubią pisać historie wstrząsające, oburzające, takie, które czyta się z wypiekami na twarzy. Mimo że niektóre szokujące zachowania z przeszłości są nam już dobrze znane i w jakiś sposób "przyswojone", to te związane z Kościołem dalej są odbierane jako te bardziej niemoralne i złe, zapewne ze względu na kontrast z naukami Kościoła. Historia rodziny Borgiów opisana przez Mario Puzo, jest historią opartą na faktach. Taka rodzina żyła naprawdę, takie też historie o nich opowiadali im współcześni. Ile w nich prawdy? Tego już się nie dowiemy. 


Głową rodziny Borgiów jest Rodrigo Borgia, bogaty kardynał, ojciec wielu dzieci i kochanek jeszcze większej ilości kobiet. Jest to człowiek bardzo ambitny, oddany swojej rodzinie. W sposób pozbawiony skrupułów intryguje najpierw by zostać papieżem - co mu się udaje, później, by dzięki swojemu synowi zjednoczyć całą Italię, wtedy jeszcze podzieloną na księstwa. Jeśliby przymknąć oczy na fakt posiadania przez papieża kochanek i publicznie uznanych dzieci - co było jednak normą wśród wysoko postawionych ojców kościoła, Rodrigo jest postacią, której motywy można zrozumieć i nie potępiać go. Fakt, przekupywał, groził, szantażował, decydował o losie swoich dzieci wręcz sprzedając je dla dobra swoich planów. Finansował kampanie wojenne, w wyniku których mordowano bezbronnych mieszczan i wieśniaków, palono miasta i niszczono plony, ale... kiedyś tak się realizowało swoje plany. Rodrigo Borgia chciał połączyć księstwa Italii w jedno królestwo, którym sam by rządził jako papież, a następnie przekazał swojemu synowi, Cezarowi, który miałby po nim zostać następnym papieżem. Cel sam w sobie nie był zły. Należy też pamiętam o tym, że nie przyszedł on do głowy papieżowi, a człowiekowi, który został papieżem po to, by go zrealizować.



W książce przedstawiono szczegółowo losy czwórki dzieci Rogrigo Borgia: Cezara, Juana, Lukrecji i Jofre. Najstarszy z nich, Cezar, był kluczem do spełnienia ambicji ojca. Był to chłopak nawykły do tego, że inni są mu posłuszni, że dzięki pieniądzom ojca może dostać wszystko. Że ludzie go uwielbiają i dzięki ich miłości wszystko przychodzi mu z łatwością. Z trzech synów papieża Cezar wydał mi się najlepszym człowiekiem. Przede wszystkim była to postać bardzo prosta: nie knuł, nie mydlił oczu. Jeśli miał do kogoś żal, wyzywał go na pojedynek i się z nim rozprawiał. Nie był tchórzem, który robiłby cokolwiek po kryjomu. Bywał okrutny i mściwy, zwłaszcza na wojnie. Ale gdyby nie jeden ogromny grzech, który mu ciążył, uznałabym go za postać pozytywną.

Juana i Jofre odebrałam jako dwóch tchórzy i mięczaków, którzy dzięki pieniądzom ojca stali się zwykłymi mendami. Nie potrafili niczym się zająć, żadnej pracy doprowadzić do końca. Byli wiecznymi dziećmi, które potrafią tylko żądać i nic nie dawać w zamian. Nawet Jofre, który z pozoru był niewinnym i dobrym dzieckiem, był małym potworkiem. Człowiekiem słabym i ulegającym uczuciom, pod wpływem których robił naprawdę potworne rzeczy.



Lukrecja miała ogromnego pecha, że urodziła się córką swojego ojca. On to popchnął ją do zrobienia jedynej złej rzeczy, jaka plamiła jej życiorys. Poza tym była to dziewczyna pełna ciepła, miłosierdzia oraz siły, która pozwoliła jej przeciwstawić się ojcu. Lukrecja bardzo kochała swoją rodzinę, była zdolna do prawdziwej miłości. Kiedy przejrzała na oczy i zobaczyła, jak okrutni potrafią być jej ojciec i najstarszy brat, skryła się przed nimi w klasztorze, ponieważ nie mogła znieść tego, że jej najbliżsi mogą postępować w ten sposób. Wtedy też jawnie zbuntowała się przeciwko ojcu, którego tak wielu się bało.



"Rodzina Borgiów" to historia rodziny, która przez historyków została uznana za pierwszą włoską mafię. Znajdziemy w niej momenty zwykłego, rodzinnego szczęścia, wielkich przełomów, niezgody i okrucieństwa. Jej bohaterów będziemy na przemian nienawidzić i żałować, będziemy im kibicować lub życzyć klęski. Mario Puzo udało się stworzyć postaci z krwi i kości, pełnych wad i zalet, zwykłych ludzkich sprzeczności. Postaci, które się wahają, które potrzebują rady i wsparcia. Ludzi ślepo podążających w jednym kierunku, by na koniec dostrzec, że całe życie postępowali niewłaściwie. Historię Borgiów można znać, a i tak cieszyć się lekturą książki.

sobota, 28 lipca 2018

[25] C.W. Gortner - Ostatnia królowa



O historii Hiszpanii wiem bardzo mało, mało też znajduję jej w czytanych książkach czy oglądanych filmach i serialach. Jakiś czas temu na moją listę książek do przeczytania trafiła historia infantki Joanny Szalonej. Kobiety, która była postacią mającą wielki wpływ na historię swojego kraju, postaci tragicznej i mocno obecnej w kulturze hiszpańskiej. Jej życie było jednym pasmem zdrad i walk z najbliższymi jej ludźmi. Ale od początku...

"Ostatnia królowa" to powieść napisana naprawdę w świetnym stylu. Opisuje wydarzenia rzeczywiste, nie jest to jednak mdłość niektórych książek historycznych, żadne suche fakty ale naprawdę trzymająca w napięciu historia. Książka nie opisuje całego życia Joanny. Rozpoczyna się w momencie, kiedy infantka jest nastolatką, i towarzyszy jej przez całe życie dorosłe aż do momentu uwięzienia około dwadzieścia lat później. Opisuje jej małżeństwo z Filipem Pięknym, życie we Flandrii, śmierć matki i starszego rodzeństwa, które otwarło jej drogę do tronu zjednoczonej przez rodziców Hiszpanii. Jej niezłomną wolę, by kontynuować dzieło matki, jej walkę z kiedyś ukochanym mężem i jego doradcami, a także swoimi rodakami, którzy na tronie woleliby widzieć marionetkę niż kolejną silną kobietę.



Czytam dużo książek o prawdziwych królowych i już przyzwyczaiłam się, że tym kobietom nigdy nie było łatwo, nigdy nie były w pełni szczęśliwe. Dlatego też zaczynając czytać historię Joanny Kastylijskiej zdziwiłam się,  jak dobrze jej się układa. Wprawdzie musiała opuścić swój rodzinny kraj i rodzinę, ale zamieszkała w naprawdę pięknej i bogatej krainie, poślubiła mężczyznę w swoim wieku, w którym z wzajemnością się zakochała. Urodziła dzieci, w tym następcę tronu, jako królowa spełniła więc swój obowiązek i nie musiała obawiać się, że mąż zechce się jej pozbyć. Jak się jednak okazało, szczęście szybko się od niej odwróciło.



Przez historię Joanna została nazwana Szaloną. Została odsunięta od władzy i uwięziona, a jednak odniosła zwycięstwo. Czytają o jej losach niejednokrotnie chciało mi się płakać. Joanna była królewską córką, żoną spadkobiercy cesarstwa Habsburgów oraz następczynią tronu Kastylii i Aragonii, a jednak była najbardziej bezbronną z postaci występujących w książce. Historia Joanny jest naprawdę tragiczna, istny wyciskacz łez. Nie znając historii tej królowej miałam nadzieję na szczęśliwe zakończenie, i naprawdę jej tego życzyłam. Autor z Joanny stworzył bohaterkę, którą naprawdę da się lubić i kibicować jej. Jest odważna, silna, pełna empatii, mądra. To postać bardzo rzeczywista. Zdarzało jej się popełniać błędy, ulegać emocjom, zachwiać przy wielu klęskach, które poniosła.



Joanna Kastylijska to postać mało znana, ale bardzo ciekawa. Książkę o jej losach czyta się naprawdę przyjemnie, mimo że jest taka smutna. Zdecydowanie polecam.

wtorek, 15 maja 2018

[15] David Gibbins - Total War. Rome. Zniszczyć Kartaginę


O wojnach punickich każdy z nas uczył się na lekcjach historii. Słyszeliśmy o Hannibalu i jego słoniach, i o zrównaniu z ziemią potężnego miasta - Kartaginy. A także o sławnych rzymskich wodach - Scypionie Afrykańskim i Scypionie Młodszym. O tym drugim szczegółowo opowiada w swojej książce David Gibbins, towarzysząc mu podczas dorastania i służbie Rzymowi. 

Seria gier komputerowych "Total War" jest mi zupełnie obca. Nie znam żadnych gier poza trzema częściami The Sims, nie wiem więc na ile książka opisuje po prostu fabułę gry, a ile w tym kreatywności autora. 

Scypiona poznajemy jako dorastającego nastolatka, który nigdy jeszcze nie walczył, ale który już wie, że przeznaczone jest mu zostać wielkim wodzem. Razem z przyjaciółmi kształci się w Akademii, ucząc się walki oraz strategii. Jego życiowym celem jest doprowadzenie do zniszczenia Kartaginy. Zanim jednak choć zbliży się do tego miasta, musi pogodzić się z tym, że Rzym nie wygląda tak, jakby sobie tego życzył. Rządzą nim ludzie o zupełnie różnych od jego ambicjach, którzy nie podzielają jego obaw i nie chcą mu sprzyjać. Żeby zdobyć to, co w swojej przepowiedni powiedziała mu wyrocznia, musi się ugiąć i grać według zasad, które potępia, stać się prawie taki jak ludzie, którymi gardzi.




Akcja książki ciągnie się przez około dwadzieścia lat, i na ich przełomie dobrze widać, jak Scypion z impulsywnego, skłonnego do działania pod wpływem emocji młodzika zmienia się w nieugiętego ale też potrafiącego dostosować swoje zachowanie do sytuacji mężczyznę. Mając przed sobą jeden cel dąży do niego uparcie, idąc na kompromisy i rezygnując z tego, czego równie mocno pragnie. Odrzuca miłość bo wie, że ciąży na nim powinność kontynuowania dzieła swoich przodków, i nie może pozwolić sobie na to, by wokół jego osoby wybuchł skandal a on sam stracił na znaczeniu wśród rzymskich elit.



Mimo że książka jest o wojnie, została zachowana równowaga pomiędzy opisami bitew i zdarzeń pomiędzy nimi. Oprócz Scypiona dość mocno zostały rozbudowane postaci jego najbliższych przyjaciół. Z opisów tych wyłaniają się mocno zaznaczone charaktery, a postaci wydają się bardzo realne. Dość zaskakująca jest kompozycja książki - składa się z fragmentów oddzielonych od siebie bardzo długimi odstępami czasu. Wynika to zapewne z faktu, iż to opis fabuły gry. Tak więc jednemu wydarzeniu poświęcony jest fragment książki, w którym zostaje on dokładnie opisany, od początku do końca, a następnie jest przeskok i akcja toczy się już kilka lub kilkanaście lat później. Są ci sami bohaterowie, ale zdarzenie już inne. Nawiązania jednych do drugich oczywiście są, ale nie tak płynne jak to zazwyczaj w powieściach bywa. 



Jestem fanką wszystkiego co "starorzymskie", więc i ta książka przypadła mi do gustu. Choć zarzucić jej mogę, że za mało było wątków pobocznych. Dążenie do wojny i zniszczenia Kartaginy było właściwie jedynym wątkiem. Nawet zakazana miłość Scypiona opisana została krótko i zwięźle, mimo że nawiązanie do niej pojawiło się również na sam koniec i tam okazało się, że to bardzo istotny wątek. Ze względu na tę fabularną ubogość książka nie wszystkim przypadnie do gustu. Polecałabym ją raczej fanom starożytnego Rzymu oraz serii gier "Total War".I tak jak w przypadku innych książek o podobnej tematyce zachęcam wszystkich do spróbowania lektury, tak ta wydaje mi się za uboga, by móc wciągnąć i zauroczyć.



poniedziałek, 30 kwietnia 2018

[13] Aleksander Dumas - Królowa Margot

"Margot" była pierwszą książką Aleksandra Dumas (Dumas ojciec, nie autor znanej ze szkoły "Dżumy"), którą przeczytałam. Bardzo trudno było mi się też przekonać do jego sposobu pisania oraz przede wszystkim, do sposobu w jaki ukazał tragiczne zdarzenie, które naprawdę miało miejsce.



Tytułowa Margot to księżniczka francuska - kobieta silna, ciesząca się życiem, dobrze znająca zasady rządzące królewskim dworem. Mimo że była bogata i praktycznie sama rządziła swoim życiem, żyła w ciągłym strachu. Jej własna rodzina była jej wroga, każdy z jej członków dbał przede wszystkim o siebie i własne interesy. Margot musiała obawiać się spisków i zamachów i być stale czujna. Nie ufać mogła nawet własnej matce, ba! jej musiała bać się najbardziej. Czyniło to z niej postać bardzo smutną. Była samotną kobietą otoczoną przez wrogów. Mimo że miała dwie osoby, którym mogła zaufać, nie czuła się bezpiecznie. Momentami jej zachowanie mnie irytowało, zwłaszcza kiedy bezmyślnie ryzykowała życiem swoim i przyjaciół, żeby tylko przez chwilę się zabawić, bardzo ją jednak polubiłam i kibicowałam jej do końca. Mimo że już wcześniej przeczytałam co nieco o losach tej francuskiej księżniczki i wiedziałam jakie życie ją czeka, miałam nadzieję na szczęśliwe zakończenie. No bo jak to możliwe, żeby taka piękna kobieta, siostra jednego króla i żona drugiego, kobieta bogata, mądra, potrafiąca oczarować każdego, nie mogła dostać tego czego pragnie najbardziej? Jak ktoś może jej się sprzeciwić?

"Margot" to napisana w lekko komediowy sposób powieść romantyczna. Jest w niej mnóstwo zabawnych zbiegów okoliczności, dzięki którym doszło do spotkania królowej Margot i szlachcica La Mole'a. Przez całą akcję książki udawało się im również wybrnąć z każdych tarapatów i niebezpiecznych sytuacji. Kiedy myślałam, że to już koniec, że teraz szczęście się od nich odwróci a oni zapłacą za swoją miłość, nagle pojawiało się wyjście z sytuacji tak niespodziewane, że aż absurdalne. Albo pojawiał się nowy sojusznik, których ratował bohaterów. Dumas w ten sposób wodził za nos przede wszystkim Katarzynę Medycejską, matkę Margot, za każdym razem psując jej plany.



Obok wątku miłości Margot i La Mole'a, drugim, równie ważnym, była próba zabicia Henryka Nawarskiego, męża Margot. Mężczyzna ten, mimo że sam był królem, został więźniem rodziny żony i bez ich pozwolenia nie mógł opuścić Francji. A na to nikt nie miał zamiaru mu pozwolić. Unikanie przez niego pułapek zastawionych przez Katarzynę Medycejską było momentami równie zabawne jak uniki kochanków przed wykryciem.

Tłem historycznym powieści były walki między katolikami i hugenotami - potworne morderstwa, śmierć i ucieczka tysięcy bezbronnych hugenotów. Najobszerniej opisana została noc Świętego Bartłomieja, kiedy to bez żadnego ostrzeżenia katolicy zaczęli mordować hugenotów. Zdarzenie to miało rzeczywiście miejsce, a ogrom jego potworności wprost trudno sobie wyobrazić. Tymczasem Dumas zrobił z tego kolejną komedyjkę. Opisy pojedynków, które odbyły się tamtej nocy, potraktowane zostały jako forma rozrywki, coś podobnego do polowania. Zabawa odpowiednia dla znudzonych szlachciców. De Coconnas, jeden z głównych bohaterów, mimo że mordował ludzi, którym był winien pieniądze tylko po to, by tych pieniędzy nie oddawać, przedstawiony został jako postać pozytywna, zabawna, godna tego by go wynagrodzić miłością i szczęśliwym życiem. Zdaję sobie sprawę, że czytając książki napisane kilkadziesiąt albo i więcej lat temu trzeba nastawić się na to, że normy moralne uległy zmianie, jednak takie przedstawienie sprawy i tak wydaje mi się przesadą.



Koniec końców książka mi się podobała, ale jak już pisałam, dla mnie to taka trochę komedyjka. Żadnego z tematów nie potraktowała poważnie. Nie skłaniała do rozmyślań a tylko bawiła. Film nakręcony na jej podstawie zdecydowanie lepiej pokazywał potworność tamtych wydarzeń, ale za to wypaczył odrobinę postaci Dumasa. A może po prostu bardziej je uczłowieczył? Filmowych Margot i La Mole'a już tak nie polubiłam.


sobota, 11 listopada 2017

[4] Robert Graves - Klaudiusz i Messalina

Nigdy nie wiem jak ocenić książki opisujące prawdę historyczną. Wydawałoby się, że w przypadku takich książek autorzy mieli do wykonania bardzo mały pracy, nie musieli pracować nad fabułą, wymyślać bohaterów i całej historii. Sięgnęli tylko do przeszłości i ją opisali. Ale przecież to sięgnięcie było pewnie najtrudniejsze. Odtworzyć wydarzenia sprzed kilkuset lub, jak w tym przypadku, dwóch tysięcy lat. Poznać tamten świat tak dokładnie, by móc swobodnie go opisać i przedstawić czytelnikowi, który o Starożytnym Rzymie nie musi nic wiedzieć. Nie tak łatwo też stworzyć bohaterów. Historycy wiedzą co oni zrobili, ale dlaczego to zrobili? Tego można się tylko domyślać.



I Robert Graves domyśla się wszystkiego w iście genialny sposób. Klaudiusz i Messalina napisane jest jako relacja cesarza Klaudiusza, jest to opis wydarzeń z jego punktu widzenia, najlepiej więc można poznać jego motywacje i jego sposób myślenia. Wspominając jednak inne postaci stara się je poznać i zrozumieć, nie poprzestać na podaniu suchych faktów. Książka pisana jest w formie powieści, dużą rolę odgrywają tam emocje i charaktery bohaterów. A te są bardzo żywe i ulegają zmianom w miarę upływu czasu. Nieszkodliwy i pozostający w ciągłym cieniu bibliotekarz zmienia się w cynicznego, szafującego życiem innych człowieka gotowego na śmierć. Beztroski hulaka, ceniący przyjaźń ponad wszystko, staje się sprytnym przywódcą żądnym chwały boskiej. Ambitna i mądra kobieta, która lepiej niż niejeden mężczyzna potrafi zarządzać cesarstwem, ulega szaleństwu i porzucając wszelką ostrożność przekracza wszystkie granice moralne, by stać się najbardziej znienawidzoną kobietą w Rzymie.



Historię Klaudiusz i Messaliny można nazwać typową historią małżeńską z tego okresu historii Rzymu. Jest on, bogaty i posiadający władzę, ze starej patrycjuszowskiej rodziny. Do pewnego stopnia dobry człowiek, choć w dzisiejszych czasach tak byśmy go nie nazwali. Potrafi dojrzeć coś więcej niż czubek nosa i swoim działaniem przyczynia się do rozwoju cesarstwa, życie ludzkie jednak nie jest ważniejsze od honoru, prawa, władzy. Jest i ona, piękna i dużo młodsza od swojego męża. Szalenie ambitna i silna, potrafiąca wspomóc męża w jego działaniach, nie zapominając jednak o swoich potrzebach. Kobieta zmysłowa i sprytna, nie bojąca się ryzyka. A wokół tej dwójki całe stada sępów żerujących na słabości innych. Donosicieli, spiskowców, prawdziwych i fałszywych przyjaciół. Jedni pomagają cesarzowej, drudzy cesarzowi, i wszyscy kłamią.


Książka nie posiada nagłych zwrotów akcji. Fabuła toczy się powoli, szczegółowo opisując wszystkie wydarzenia. Każda z postaci ma czas na to, by obronić swoje działania i wyjaśnić motywy. Dzięki temu otrzymujemy wspaniały obraz Cesarstwa Rzymskiego pod panowaniem Klaudiusza, z całym bogactwem bohaterów, intryg i zabawnych anegdot. Robert Graves pisze w sposób lekki i przyjemny, bez sztywnej pompatyczności, i jego książki czyta się z prawdziwą przyjemnością.


Klaudiusz i Messalina to ciąg dalszy historii opisanej w Ja, Klaudiusz. Drugi tom opisuje rządy Klaudiusza, pierwszy natomiast jego poprzedników, zaczynając od Oktawiana Augusta. Jeśli mam być szczera, bardziej podobała mi się pierwsza część, ale to tylko dlatego, że po prostu ciekawszy wydaje mi się okres opisany w niej. Wtedy miało miejsce więcej afer niż w czasach Klaudiusza. Klaudiusz i Messalina to książka spokojniejsza i mniej brutalna, wcale jednak przez to nie mniej ciekawa.

Uwielbiam książki o starożytnym Rzymie, nie każda jednak przypada mi tak do gustu jak książki Roberta Gravesa. Historia cesarzy napisana została jeszcze przed II wojną światową, i do tej pory nie straciła na atrakcyjności, ponieważ jej druk jest co jakiś czas wznawiany. Dla mnie to prawdziwe perełki.